Moon Day
6/09/2017
Dzisiaj jest Moon Day, czyli dzień księżycowy, a konkretnie pełnia. Moon Day jest także podczas nowiu. W systemie Ashtanga Vinyasa Jogi zwyczajowo nie praktykuje się w Moon Day. A jeśli się praktykuje, jest to praktyka łagodna i relaksacyjna. Jeśli ktoś praktykuje Ashtangę, sprawdza więc regularnie kalendarz księżycowy – zwłaszcza gdy kiedyś, przez roztargnienie, bladym świtem, pojechał do swojej szkoły jogi i zastał zamknięte drzwi, bo akurat był… Moon Day.
Pattabhi Jois – twórca Ashtanga Vinyasa Jogi – twierdził, że praktykowanie w Moonday może prowadzić do urazów, nawet długotrwałych, i swoim uczniom wpoił zasadę powstrzymywania się w ten dzień od praktyki. Niektórzy wiążą ten zwyczaj z faktem, że zgodnie z bramińską obrzędowością podczas pełni i nowiu dokonywane są pewne rytuały. Dlatego Uniwersytet w Mysore, w którym uczył Jois, był w czasie dni księżycowych zamknięty. Nie musi to jednak oznaczać, że praktykujący Ashtangę nie-Bramini powtarzają po prostu bezmyślnie pewien zwyczaj, bez związanego z nim kulturowego kontekstu. Równie dobrze można bowiem powiedzieć, że Bramini wybierali termin na odprawianie swoich rytuałów w dni, które nie były przypadkowe z punktu widzenia zjawisk niebieskich i ich wpływu na człowieka. Co więcej, wydaje się, że zwyczaj powstrzymywania się od praktyki w Moon Day ma sens i to z kilku punktów widzenia.
Kiedy nie rozwijamy maty w dzień księżycowy, nie znaczy, że nie praktykujemy jogi. Pattabhi Jois przestrzegał jedynie przed praktyką asan. Nic nie powstrzymuje nas przed praktykowaniem pozostałych siedmiu członów jogi – wszak Ashtanga ma ich osiem (pisał o tym ostatnio ciekawie Piotr Kunstler) i nikt nie zabrania nam praktykowania np. jam, nijam, czy medytowania. Czasem chyba nawet dobrze na tych innych członach jogi się skupić, bo w naszej kulturze joga stała się trochę za bardzo utożsamiana z asanami i ich czysto fizycznym aspektem. Może więc dobrze, że w Moon Day mamy okazję od asan się powstrzymać.
W jodze ważna jest tradycja. Być może bierze się to z tego, że jogiczne nauki przekazywane były kiedyś wyłącznie z nauczyciela na ucznia, którzy następnie w ten sam sposób uczyli swoich uczniów. Oczywiście, historycznie joga ewaluowała i każdy nauczyciel (a zwłaszcza ci obdarzeni charyzmą i duchową siłą) odciskał na niej swoje indywidualne piętno. Jednak proces uczenia oparty na osobistym, często bliskim kontakcie, z nauczycielem sprzyja budowaniu szacunku i przyjmowaniu niektórych zaleceń swojego mistrza niejako „na wiarę”. Wychowani w kulturze krytycyzmu wobec autorytetów i kulturze indywidualizmu, czasem możemy mieć z takim podejściem pewien problem. I pewnie nie ma w tym nic złego. Krytyczne myślenie wobec zastanego świata i jego zwyczajów ma często sens – szczególnie jeśli krzywdzą one innych ludzi lub służą zniewalaniu jednych przez drugich. Jednak zwyczaj powstrzymania się od fizycznej praktyki w Moon Day z pewnością takim przypadkiem nie jest. Nie ma więc chyba nic zdrożnego w jego przestrzeganiu, nawet jeśli się w niego celowość niespecjalnie wierzy i praktyka asan podczas pełni niczym groźnym się dla nas osobiście nigdy nie skończyła. Nie rozwijanie maty w dni księżycowe jest wówczas dla nas praktyką… szacunku wobec tradycji i pokory wobec gromadzonej przez lata wiedzy. Szacunek i pokora to rzadkie postawy, których w naszym świecie wyraźnie brakuje. Nie zaszkodzi więc dwa razy w miesiącu je poćwiczyć.
Dla osób praktykujących bardzo regularnie, czyli 5-6 razy w tygodniu powstrzymanie się od rozwijania maty dwa razy w miesiącu ma także inny sens. Dobrze czasem jest przerwać rutynę, nawet tę najlepszą i najprzyjemniejszą (a może zwłaszcza taką, bo przerwać ją najtrudniej?). Dobrze jest czasem zebrać siły, poczuć głód. Pewnie dlatego zwyczajowo raz w tygodniu i tak nie praktykujemy – niezależnie od położenia księżyca względem słońca. I nie chodzi tu tylko o fizyczną regenerację organizmu, choć jest to aspekt ważny zarówno dla uczniów jak i dla nauczycieli. Równie istotne jest także ćwiczenie nieprzywiązywania się do praktyki asan. W końcu dla każdego, nawet najbardziej zaawansowanego mistrza jogi nadejdzie taki dzień, kiedy tych asan będzie ubywało, kiedy będą stawały się coraz trudniejsze, zaś czas przeznaczony na fizyczną praktykę będzie coraz krótszy. Może niepraktykowanie w Moon Day kiedyś nam w zaakceptowaniu tej trudnej prawdy choćby trochę pomoże.
Żyjemy w świecie oderwanym od natury. Większość z nas mieszka w miastach i wygląda na to, że trend ten będzie się pogłębiał. Rozmywa to nasze rozumienie zjawisk astronomicznych. W miastach, które nigdy nie śpią, trudno patrzeć w gwiazdy. Na znaczeniu wydaje się tracić to, czy jest aktualnie pełnia czy nów księżyca. Dla naszych przodków, bardziej związanych z naturalnymi cyklami przyrody, pewne sprawy były oczywiste. Rośliny najlepiej sadzić było podczas nowiu, kiedy miały większą moc zakorzeniania. Moc kwitnienia rośliny miały natomiast największą podczas pełni. Zwiększona aktywność, niepokój, kłopoty ze snem podczas pełni nikogo nie dziwiły. Tak jak specjalnie nie budziły zdumienia brak energii i większa skłonność do melancholii podczas nowiu. Kiedy czytamy dzisiaj tego typu przemyślenia naszych dziadków, zbywamy je zwykle wyruszeniem ramion. Chyba, że praktykujemy jogę, wiemy dokładnie kiedy wypada pełnia i ku naszemu zaskoczeniu zdajemy sobie sprawę, że to właśnie ten okres, gdy śpimy wyjątkowo niespokojnie i dręczą nas dziwne, senne zwidy. Może to być oczywiście wyłącznie autosugestia, ale czy na pewno?
Kiedy nad brzegiem oceanu obserwujemy przypływ lub odpływ, uświadamiamy sobie potęgę sił natury. Niepojęty, z perspektywy człowieka, ogrom wody podnosi lub opada, często na kilka czy nawet kilkanaście metrów, w zależności od ruchów księżyca względem ziemi. Zjawiska te nasilają się szczególnie właśnie podczas pełni i nowiu – czyli w dni księżycowe. Nasze ciało w ok. 70 % składa się z wody. Mózg i serce, a więc ograny uznawane za najbardziej krytyczne, mają tej wody nawet kilka procent więcej. Płuca, które dostarczają nam życiodajnego tlenu, to w ponad 80% woda. Blisko 80% wody mają nasze mięśnie. Nawet nasze kości, choć wydają się takie solidne i twarde, zawierają ok 30% wody. Nasz „wodny” mózg, w którym bulgoce, będąca zapewne źródłem naszej świadomości, chemiczna zupa, pływa sobie zanurzony w płynie mózgowo-rdzeniowym, który zapewnia ochronę jego tkankom.
Emily Conrad – która doświadczenia z tańcem i ruchem wykorzystywała m.in. do terapii urazów kręgosłupa – powiedziała w jednym ze swoich wywiadów, że jesteśmy tak naprawdę istotami wodnymi, które dopiero uczą się funkcjonowania na lądzie. Według niej nasza interakcja z innymi ludźmi i wszechświatem jest oparta na zasadzie falowania. Nawet jeśli potraktować te słowa jedynie jako piękną metaforę, uświadamiają nam one bliski organiczny związek z innymi ludźmi i środowiskiem. We współczesnym świecie, opartym na dzieleniu, segregowaniu i fragmentaryzacji, nie zawsze chcemy związek ten dostrzegać. A jesteśmy przecież tylko cząstką otaczającego nas świata i podlegamy jego prawom. Może więc dobrze, że Moon Day nam o tym przypomina.

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".