I żebyśmy się nie pozabijali …
30/08/2017
Kiedy jadę samochodem, czasem mam wrażenie, że inni chcą mnie zabić. Oczywiście, niejako przy okazji, bo ich głównym celem jest zabicie samych siebie. Chcą po prostu rozpirzyć swoją, najczęściej, drogą maszynę w drobiazgi i przy okazji parę innych maszyn wokół. Brakuje nam trochę umiejętności współpracy, uważności i otwartości na drugiego człowieka, dobrej energii w relacjach z innymi. Nie wiem czy zjawisko globalne, czy tylko polska specyfika, ale brakuje. Kiedy jestem świadkiem czegoś takiego, przypomina mi się tzw. mantra nauczyciela, często rozpoczynająca jogiczne warsztaty, na których umiejętności te są zawsze nieocenione.
Mantra ta pochodzi z Taittiriya Upanishad (2.2.2) i zaczyna się od słów: „Oṃ saha nāv avatu”. Można ją recytować (właściwie śpiewać, a może melorecytować?) na dwa sposoby. Sam tekst jest na tyle melodyjny, że właściwie podczas recytacji można skupić się na brzmieniu samym i dać się prowadzić melodii sanskryckich słów. Takie podejście jest zresztą, jak najbardziej dopuszczalne. W końcu – jak zauważa Harish Johari – man pochodzi od manas (umysł), zaś tra wywodzi się od trana, które oznacza wolność, ale także ochronę przed czymś. A zatem mantra to takie narzędzie, które ma uwolnić/uchronić nasz umysł od bieżących myśli i ułatwić koncentrację. Czasem jednak warto przyjrzeć się znaczeniu samych słów, bo mogą one ułatwić współpracę z innymi.
„Oṃ saha nāv avatu” jest prośbą o uchronienie nas przed złem, wyraża tęsknotę za poczuciem bezpieczeństwa. Kogo prosimy, to już sprawa światopoglądu. Jeśli ktoś wierzy w boską opatrzność, będzie ją o to prosił. Jeśli zaś ktoś jest z przekonania zatwardziałym materialistą, pewnie będzie bardziej liczył na siebie i innych. Zresztą, jedno drugiego nie wyklucza, bo opatrzność czasem lubi, żeby jej pomóc. Jak podobno powiedział kiedyś Jehowa pewnemu bogobojnemu rabinowi, modlącemu się o wygraną na loterii: „Daj mi szansę – kup los”.
Recytując „saha nau bhunaktu” prosimy o to, byśmy mogli się wspólnie posilić. Kiedy słyszę ten wers, czasem wyobrażam sobie grupkę nastoletnich, wiecznie głodnych, chłopców (dziewczynki w czasach Upaniszad raczej nie zgłębiały tajników jogi), otaczających sędziwego nauczyciela i mam wrażenie, że piszący ten wers miał na myśli także posiłek w dosłownym tego słowa znaczeniu. Dla szczęśliwców, którzy nie zaznali prawdziwego głodu, fragment ten może mieć także znaczenie przenośne. Może być np. prośbą o wystarczającą siłę, aby wziąć udział w zajęciach czy wspólnej pracy. Zresztą, możemy odczuwać głód nie tylko na poziomie najbardziej podstawowym. Czasem może to być głód wiedzy, akceptacji, uwagi, miłości … Wówczas prosimy o to, by wspólne zajęcia pozwoliły nam także i te inne rodzaje głodu zaspokoić.
Kolejne dwa wersy mantry – saha vīryaṃ karavāvahai / tejasvi nāv adhītam astu – są prośbą o to, byśmy mieli dosyć energii, aby dobrze razem pracować, a także o to, byśmy z naszej pracy wyciągnęli odpowiednią naukę. Lubię ten fragment szczególnie, bo podkreśla on, że we wspólną pracę i naukę trzeba zainwestować – chęć współpracy z innymi, dobrą energię, całego siebie. W naszej kulturze opartej na indywidualizmie i konsumpcji często o tym zapominamy. Wyobrażamy sobie, że skoro kupiliśmy już uczestnictwo w jakimś szkoleniu czy warsztatach, wystarczy, jak się na nich pojawimy i damy się odpowiednio wyszkolić. Tymczasem sukces jakiekolwiek procesu uczenia zależy w równym stopniu od wiedzy, charyzmy i doświadczenia nauczyciela, co zaangażowania jego uczniów.
Na koniec, następuje prośba o to, żebyśmy wzajemnie się nie znienawidzili (mā vidviṣāvahai). Może jest to prośba nieco zaskakująca, bo wspólne pobieranie nauk wydaje się na pierwszy rzut oka czymś tak szlachetnym, że o nienawiści nie powinno być mowy. Autor mantry wiedział jednak, co pisze. Jeżeli w jakieś przedsięwzięcie wkładamy dużo energii, jeżeli faktycznie się w nie angażujemy, mogą pojawiać się także złe emocje. A to ktoś zadaje ciągle głupie (w naszym rozumieniu) pytania, a to rozłoży matę na „naszym” miejscu, a to używa zbyt intensywnego dezodorantu – czasem drobne rzeczy wystarczą, żeby pod naszą pokrywką zaczęło się gotować.
Mantrę kończy zwyczajowe „Om śāntiḥ śāntiḥ śāntiḥ”, które występuje także w innych mantrach i które jest prośbą o pokój/spokój w nas samych, w naszym bezpośrednim otoczeniu oraz w tym wszystkim, co na nas może mieć wpływ.
Jak to się ma to jazdy samochodem? Ma się i to całkiem sporo. Kiedy widzę wyprzedzających na trzeciego, na podwójnej ciągłej, posiadaczy czarnych BMW (podobno BMW to nie samochód, lecz stan umysłu), mam wrażenie, że robią wszystko, aby utrudnić opatrzności podtrzymanie ich kruchej egzystencji. Kiedy widzę, co wyprawiają jadący setką po mieście kierowcy super szybkich Cinquecento, czuję, że trawi ich jakiś dziwny głód: prestiżu, niespełnienia, udowodnienia czegoś sobie i innym. Strasznie mało mam okazję odczuć na naszych drogach energii pozytywnej, chęci współpracy i uczenia się. Bardzo natomiast dużo doświadczam animozji, jakoś dziwnie intensywnie buzującej niechęci czy pogardy. Aż często mam ochotę pod nosem zanucić „Om śāntiḥ śāntiḥ śāntiḥ”.
Może powinni wprowadzić tę mantrę jako element obowiązkowy kursu na prawo jazdy?
A oto bonus, mantra nauczyciela w moim ulubionym wykonaniu – https://www.youtube.com/watch?v=gAy1vqRceo0

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".