Zaopiekować się sobą
25/10/2017
Każdy, kto leciał kiedyś samolotem, pamięta zapewne różne ważne komunikaty na początku lotu. Dotyczą one głównie sytuacji awaryjnych – np. gdzie znajdują się toalety albo co zrobić jak spadniemy do wody lub kiedy rozszczelni się kabina – a wygłaszane są zwykle przez piękne, nienagannie ubrane i zawodowo uśmiechnięte stewardessy. Tworzy to dosyć osobliwy kontrast, takie swoiste odrealnienie niebezpieczeństwa. Z jednej strony idealny make-up, błysk białych zębów, ust zmysłowych koral i spokojny, lekko znudzony głos. Z drugiej – wizja przedzierania się w kamizelce ratunkowej przez spanikowany tłum do wyjścia awaryjnego, żeby skoczyć do zimnego, wzburzonego morza. Ale mniejsza o to.
Jeden z tych komunikatów szczególnie daje do myślenia. Otóż uśmiechnięte miss przestworzy informują nas, że kiedy kabina zacznie tracić ciśnienie, z sufitu wypadną maski tlenowe oraz że – jeśli podróżujemy z dziećmi – trzeba taką maskę założyć najpierw sobie, a dopiero potem dziecku. Dla każdego rodzica tego typu instrukcja jest mało intuicyjna, choć nie można odmówić jej racjonalności. W końcu, aby móc zadbać o własne dziecko, warto samemu nie stracić przytomności. W tym podejściu jest jakaś głęboka mądrość, choć rzeczywiście nie do końca intuicyjna.
Każdy z nas ma swoje powinności. Niektórzy opiekują się dziećmi, inni starzejącymi się rodzicami, jeszcze inni niepełnosprawnym rodzeństwem. Czasem mamy na głowie swoje lub cudze firmy, pracowników, albo koleżanki i kolegów z zespołu. Odpowiadamy za projekty, niekiedy małe, bardzo prywatne, innym razem duże, od których powodzenia zależy (tak przynajmniej wierzymy) los wielu ludzi. Do powinności tych podchodzimy poważnie, angażujemy się całym sercem, poświęcamy na nie swój czas, energię i skupienie. I dobrze, bo powinności trzeba traktować poważnie, a w ich wypełnianie trzeba się angażować. Problem tylko w tym, że czasem przesadzamy, że zatracamy się całkowicie w wypełnianych obowiązkach, a nasze zaangażowanie wypala nas fizycznie, emocjonalnie i intelektualnie. Wówczas powinność staje się ciężarem, od którego chcielibyśmy uciec. Marzymy wtedy o choćby kilku beztroskich chwilach, najlepiej spędzonych gdzieś w tropikach pod lazurowym niebem, o tym, żeby nagle – w jakiś magiczny sposób – nasze powinności zniknęły. Ale nie czujemy się z takimi marzeniami najlepiej, bo czasem rodzą one w nas podświadomie poczucie winy, co zwykle tylko zwiększa poczucie wypalenia.
W takich sytuacjach przypominam sobie mądrości podniebnych, uśmiechniętych dziewczyn w dopasowanych, lotniczych wdziankach, bo w ich radach jest bardzo dużo racji. Przecież nie da się skutecznie pomagać innym, kiedy sami potrzebujemy pomocy. Trudno się także kimś dobrze opiekować, kiedy sami nie jesteśmy wystarczająco zaopiekowani. Potrzebujący nas bliscy, ważne przedsięwzięcia, kluczowe kontrakty, niecierpiące zwłoki projekty – żeby sobie z tym wszystkim jakoś sensownie poradzić, musimy być silni i w pełni… przytomni. Dlatego ważne jest to, żeby w natłoku przygniatających nas obowiązków umieć powiedzieć „stop”. Ważne jest to, żeby od czasu do czasu (szczególnie kiedy coś lub ktoś nam szczególnie dopiecze) potrafić rozpalić w sobie odrobinę egoizmu, skupić się na sobie i tylko sobą się zaopiekować. Co kto lubi – np. walnąć się na kanapę z książką, pójść na masaż, umówić się przyjaciółmi na pogaduchy albo wybrać się na długi, samotny, beztroski spacer po lesie.
Dobrze jest również rozłożyć matę i zrobić solidną praktykę, a potem jeszcze sobie przez chwilę pomedytować. Joga bowiem potrafi się nami tak dobrze zaopiekować, że zupełnie świeżym okiem popatrzymy na nasze powinności i będziemy w stanie znaleźć w sobie tyle siły, że przestaną wydawać się nam aż tak przytłaczające. Po praktyce łatwiej także o odrobinę dystansu do naszych obowiązków. Bo może być także i tak, że nie wszystkie z nich są rzeczywiste, że czasem tylko zdaje nam się, że cały świat i wszyscy ludzie oczekują od nas ciągłych poświęceń. A świat i ludzie mają zadziwiającą zdolność radzenia sobie bez nas, co z pewnością kiedyś (oby niezbyt szybko) i tak się okaże.
Podobno jeden z uczniów Pattabhi Joisa zapytał kiedyś mistrza: „Guruji, jak żyć, skoro na świecie jest tyle zła?”. „Zostaw to zmartwienie Bogu” – brzmiała odpowiedź – „ty się lepiej martw o swoją bandę”. Po godzinie spędzonej na macie zdecydowanie łatwiej jest wciągnąć pełny haust powietrza do płuc i spokojnie zaopiekować się innymi, ale tylko tymi, którzy od nas naprawdę zależą.

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".