Wyznawcy quinoa
20/09/2017
Czasem mam nieodparte wrażenie, że traktujemy jedzenie prawie jak religię. I to nie tylko, gdy podczas jogowych warsztatów idziemy razem coś zjeść i okazuje się, że znalezienie miejsca, w którym daje się pogodzić wszystkie skumulowane dietetyczne oczekiwania jest równie łatwe, co rozwiązanie kwadratury koła. Musi być oczywiście wege, ale także najlepiej eko. Wskazane są wypieki bezglutenowe i obowiązkowo bez cukru. Dobrze byłoby gdyby dania były także „raw” – czyli nie poddane obróbce termicznej. Kiedy taka pani za ladą słyszy pytania dotyczące składu zamawianych dań, czasem na jej twarzy pojawia się przerażenie, bo właśnie zdała sobie sprawę, że jej jadłodajnia została opanowana przez kosmitów.
Oczywiście problem nie dotyczy tylko joginów, choć osoby jogę praktykujące (całkiem słusznie) z reguły zwracają baczną uwagę na swoją dietę. Jest to trend o wiele szerszy, choć oczywiście ograniczony do krajów zamożnych, w których ludzie modlą się do jedzenia, a nie o jedzenie, zaś głównym kulinarnym dylematem jest nie „co włożyć na talerz”, ale „co by tu jeszcze nowego, dobrego i zdrowego posmakować”. W tych właśnie rejonach świata coraz częściej widać tendencję do traktowania diety jako wyznania wiary. Bo nie chodzi przecież tylko o zaspokojenie głodu, dostarczenie organizmowi niezbędnych do życia substancji: węglowodanów, białek, witamin czy błonnika. Chodzi o zasady, przekonania i ideały, o moralność, przynależność do grupy, czystość, energię witalną, detoksykację organizmu.
Samozwańczy kapłani nowych wyzwań (właściwie kapłani są zawsze samozwańczy, więc to chyba pleonazm), proponują nam coraz to i nowe recepty na zbawienie. „Jedz tak, jak jedli twoi przodkowie paleo” – mówią. „Gluten niszczy ciało twoje i umysł twój” – przestrzegają. „Tylko surowe jedzenie ma odżywczą moc” – twierdzą. Inni z kolei szukają Świętego Graala diety. Zwykły miód już się do niczego nie nadaje. Musi być ten specjalny z Nowej Zelandii, gdzie rośnie ten jeden, wyjątkowy krzew, z którego wyjątkowe, nowozelandzkie pszczoły zbierają wyjątkowy nektar, o wyjątkowym działaniu. Jeśli witamina C, to już nie z cytryny, kiszonej kapusty czy pomidora, ale z ekologicznych jagód goji. Jeśli białko roślinne, to już nie z brokułów, orzechów czy kaszy, ale koniecznie z quinoa. W supermarketach coraz więcej miejsca zajmują alejki z produktami eko, dietetycznymi, bezglutenowymi i pro-zdrowotnymi. A jeśli właściciele supermarketów zauważyli ten trend, grono wyznawców szukających zbawienia przez talerz musi być już całkiem spore.
Nie chcę wcale krytykować tych wszystkich, którzy chcą jeść zdrowo i etycznie. Sam jem głównie wegańsko, bezglutenowo i – o ile mam taką opcję – wybieram produkty eko. Pomimo tego, że sam „bez winy” nie jestem, kamieniem jednak ciskam. Dlaczego? Bo mam nieodparte wrażenie, że czasem idziemy za daleko.
Doskonale rozumiem i podzielam argumenty stojące za wyborem wegańskiej diety. To prawda, że przemysłowa produkcja mięsa i nabiału wiąże się z trudno wyobrażanym cierpieniem czujących i świadomych swego cierpienia istot. Jest również faktem, który coraz częściej potwierdzają lekarze, że dieta mięsna i oparta na nabiale zdrowa nie jest. Nie da się również zaprzeczyć, że przemysłowa hodowla zwierząt prowadzi do degradacji środowiska naturalnego. Weganizm jednak religią nie jest, zaś mięsożercy i mlekopijcy nie idą do piekła (przynajmniej nie z powodu diety) i można z nimi rozmawiać, przyjaźnić się, a nawet zaprosić na wspólną praktykę jogi. Weganizm, jako wybór etyczny, pro-zdrowotny i motywowany odpowiedzialnością za świat, może być stopniowalny. Jeśli ktoś w podróży zje jajko niekoniecznie z wolnego wybiegu, nie unieważnia to jego wcześniejszych dietetycznych „zasług” i nie powoduje, że staje się „weganinem wyklętym”. Jeśli ktoś świadomie ograniczył spożywanie mięsa, choć czasem nie może się oprzeć pokusie, także przyczynia się do zmniejszenia ilości cierpienia na świecie.
Podobnie jest z glutenem, cukrem, środkami konserwującymi żywność, itd. Jedzenie zawierające te (i inne uznawane za szkodliwe składniki) nie zostało skażone, nie jest „nieczyste” czy na wieki wieków „przeklęte”. Po prostu nasz organizm może sobie z nim nieco trudniej radzić. Problem tkwi więc w ilości i częstotliwości jego spożywania. Jeżeli akurat w kawiarni dworcowej nie ma bezglutenowych rogalików z bez-cukrowym dżemem eko, można – o ile faktycznie jest taka pilna potrzeba – zjeść zwykłą drożdżówkę. Wyjąwszy osoby chore na celiakię, cukrzycę, itp., tego typu odosobniony przypadek nie będzie miał żadnych poważnych konsekwencji. Co więcej, jeśli ktoś je często produkty zbożowe i czuje się tym dobrze lub czasem skusi się na słodycze, ale ma zwyczaj regularnie biegać czy uprawiać jakiekolwiek sporty, nie ma najmniejszego powodu do zmiany swojej diety. Żeby przejść na „złą stronę mocy”, zrujnować zdrowie i sylwetkę, trzeba się trochę bardziej postarać niż zjeść bułkę z tradycyjną konfiturą na śniadanie.
Lekarze znaleźli nawet na to osobną jednostkę chorobową i określają takie obsesyjne przestrzeganie diety jako ortoreksję. Osoby dotknięte tą przypadłością potrafią nie tylko skutecznie uprzykrzyć życie sobie i innym, ale skutecznie wyniszczyć własny organizm. Znany jest przypadek słynnej nowojorskiej, „wellness-blogerki”, Jordan Younger, która przez zbyt restrykcyjną dietę (opartą wyłącznie o surowe warzywa i owoce) doprowadziła się do takiego stanu wyczerpania, że zaczęła tracić włosy. Kiedy po wizycie u lekarza i psychoterapeuty (w końcu rzecz się działa w Nowym Jorku), wzbogaciła swoją dietę, stali czytelnicy jej bloga odpowiedzieli falą hejtu, oskarżając ją o zdradę.
Jak zatem znaleźć złoty środek, aby jeść zdrowo, smacznie i z sensem? Nie ma na to gotowej recepty. Warto kierować się etyką, ale także zdrowym rozsądkiem. Można śledzić wyniki najnowszych badań z zakresu dietetyki, ale nie warto dać im się zwariować. Na pewno trzeba słuchać własnego organizmu i uważnie patrzyć, jak reaguje on na zmiany diety. Jeżeli czujemy się dobrze, mamy wyniki badań w normie i tryskamy energią, pewnie nic złego się nie dzieje. Praktyka jogi pozwala nawiązać całkiem dobry kontakt ze swoim ciałem, więc z rozpoznaniem niepokojących objawów nie powinno być większego problemu. Na pewno natomiast nie warto traktować diety z przesadnym nabożeństwem. Jeżeli już rozpaczliwie poszukujemy w życiu jakiegoś sensu, zapisanie się do sekty wyznawców quinoa raczej nie pomoże.

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".