Wolny człowiek na macie
24/01/2018
Słuchałem niedawno wywiadu z Richardem Freemanem, jednym z najbardziej doświadczonych nauczycieli Ashtanga Vinyasa Jogi. Zapytano go, czy ciągle praktykuje według tej samej metody czy może – biorąc pod uwagę, że robi to od dziesięcioleci – ma swoją własną, autorską sekwencję asan. Richard odpowiedział, że ciągle regularnie praktykuje jedną z asthangowych serii asan lub robi kawałek jednej serii a potem kawałek innej, ale zawsze w kolejności, w jakiej nauczył go jego nauczyciel, Pattabhi Jois. Co więcej, Richard przyznał się, że choć praktykuje sekwencje te od tylu lat, ciągle wydają mu się one intrygujące. Muszę przyznać, że taki typ wierności tradycji wydał mi się szczególnie ujmujący.
Tym bardziej, że tego typu podejście idzie poniekąd pod prąd niepisanym zasadom, obowiązującym w naszym kręgu kulturowym, który ceni sobie indywidualizm, innowacyjność oraz wolność i ekspresję własnej osobowości. Nie chcemy, żeby ktoś mówił nam, jak mamy się ubierać, co jeść i w co wierzyć. Nie godzimy się, żeby ktoś dyktował nam, co mamy robić, bo sami wiemy lepiej, co jest dla nas dobre. Jak to trafnie zauważył Yuval Harari, liberalny indywidualizm został ufundowany na założeniu, że w każdym z nas mieszka taki tajemniczy głos, który (gdy tylko chcemy się uważnie weń wsłuchać) powie nam, co jest dla nas najlepsze. W tym sensie podejście Richarda do praktyki wydaje się być w kontrze do obowiązujących trendów. W końcu od paru dziesiątek lat pozostaje wierny metodzie, której nauczył go jego nauczyciel, a jego „wewnętrzny głos” nie podpowiada mu, żeby robić coś nowego, innego i zaznaczyć swoją wyjątkowość.
Richard ma przecież tyle doświadczenia w uczeniu jogi i spędził tyle godzin na macie sam praktykując, że mógłby zupełnie bez problemu ułożyć własną sekwencję asan. Mógłby nazwać ją „Freeman Yoga”, co brzmi pięknie i nawiązuje nie tylko do nazwiska twórcy, ale kojarzy się z wolnością, a może nawet z duchowym wyzwoleniem. Richard jest również biegły w sanskrycie i przeczytał pewnie całą klasyczną, jogiczną biblioteczkę, bez kłopotu więc dorobiłby do swojej firmowej jogi jakąś chwytliwą teorię. Mógłby także opatentować autorską sekwencję, zacząć z niej szkolić innych nauczycieli, a potem pobierać opłatę franczyzową za korzystanie z jego marki. Zarobiłby mnóstwo pieniędzy i przeszedł do jogicznej historii na Zachodzie. Mógłby to wszystko bez trudu zrobić… a jednak nie zdecydował się na to i od lat uczy tej samej metody, co jego nauczyciel.
Podejście takie może budzić szacunek szczególnie, że całkiem sporo osób już po kilku latach (czasem niespecjalnie regularnej) praktyki zaczyna niespokojnie rozglądać się za jakimiś urozmaiceniami czy nowinkami, które zmieniłyby „ich jogę” i pozwoliły bardziej ją dopasować do ich unikalnej osobowości. Trochę humorystycznie zjawisko to ujawnia się czasem podczas zajęć, kiedy to wszyscy praktykują według pewnej określonej sekwencji, a ktoś postanawia pójść za swym „wewnętrznym głosem” i zrobić coś zupełnie innego. Weźmy na to, że wszyscy zginają się w prasaricie padottanasanie, a tu nagle w kącie sali ktoś robi szpagat. Niby nic strasznego się nie stało, nikt nikogo nie zamordował, portfela nie ukradł i niczego złego nie zrobił, ale coś jednak chyba nie gra. Z drugiej strony, dlaczego ktoś ma zakazywać takiej nieokiełznanej potrzeby ekspresji własnej osobowości? Skąd nauczyciel wie lepiej, co w danej chwili obdarzony wolną wolą człowiek ma robić na macie? Po co w ogóle nam taka dziwna zasada, że mamy robić asany w takiej kolejności, jak nauczyciel zaleca albo jak wynika to z jakieś metody? Czy to aby nie pachnie staroświeckim dogmatyzmem, który – jak powszechnie wiadomo – wrogiem wolności jest i osobowość człowieka bezwzględnie tłamsi?
Pewnie wyjdę na straszną konserwę, dogmatyka i zajadłego wroga wolności, ale może czasem poddanie się autorytetowi ma sens? I nie chodzi mi tylko o to, że joga pochodzi z innego kręgu kulturowego, w którym akurat niczym nieograniczona ekspresja własnej osobowości nie wydaje się być szczególnie kluczową wartością. Chodzi głównie o to, że praktykowanie jogi (takie na poważnie, a nie tylko wyginanie się od święta) w pewnym stopniu opiera się – nazwę to odrobinę górnolotnie – na „akcie zaufania”. W końcu, kiedy po raz pierwszy stajemy na macie, jesteśmy trochę jak poszukiwacz skarbów (taki jogiczny Indiana Jones), który dostał do ręki starodawną mapę z najrozmaitszymi wskazówkami, pisanymi często w zagmatwanym języku i polecaniami, które mogą nie zawsze wydawać się klarowne. Mamy jednak prosty wybór: albo uznajemy, że na końcu tej trasy jakiś skarb się znajduje albo nie. Jeśli to drugie, wieszamy naszą mapę oprawioną w wysmakowane passe-partout na ścianie w salonie, żeby goście mogli podziwiać naszą okcydentalną oryginalność i wrażliwość. Jeśli to pierwsze – mozolnie podążamy za wskazówkami, licząc że skoro inni też idą tą drogą, może mapa falsyfikatem jednak nie jest. Oczywiście, zanim wyruszymy ochoczo w taką podróż warto upewnić się, że mapa jest faktycznie oryginalna. Świat pełen jest oszustów proponujących kreską szybką kreślone mapy do najrozmaitszych skarbów, ostrożności wiec nigdy dosyć. Jednak gdy mapa na prawdziwą wygląda i po zrealizowaniu paru jej pierwszych wskazówek mamy wrażenie, że we właściwym kierunku zmierzamy, może dobrze jest się jej trzymać i zaufać, że kiedyś w dobre miejsce nas zaprowadzi?
Poza tym joga ma to do siebie, że czasem celowo stawia nasz „wewnętrzny głos” pod znakiem zapytania. Szczególnie, że według teorii jogi wpływ na jego ton i barwę mogą mieć nasze ukształtowane przez lata i nie zawsze dobre przyzwyczajenia. Czynnikami, które mogą fałszywą melodię temu głosowi nadać są także nasza niewiedza czy rozbuchane ego. Z czysto teoretycznych względów joga nie wydaje się zatem filozofią, która bezkonfliktowo dopasuje się do obecnie obowiązującej wizji indywidualistycznej. Wręcz przeciwnie – według teorii jogi nasz „wewnętrzny głos” czy niczym nieokiełznana potrzeba ekspresji własnego ja mogą być uznane za to, co Patandżali nazywa citta vritti, a więc za zawirowania (poruszenia) świadomości, które tylko zaburzają nam obraz rzeczywistości.
Tu muszę wstawić pewien mały – jak mawiają Anglosasi – disclaimer. Nie twierdzę, że wszystkie osoby, które kiedykolwiek „zgrzeszyły” na macie i nie zastosowały się do wskazówek nauczyciela pójdą do jogicznego piekła. Nie mówię również, że ich praktyka nie jest zaangażowana, nie zarzucam im, że mają nadmiernie rozbudowane ego czy wyłącznie lubią szpanować swoim mniej czy bardziej finezyjnym szpagatem. Mam także szacunek dla osób, które łączą dogłębną znajomość anatomii z przetestowanymi na sobie ćwiczeniami typu fitness, których elementem są jogiczne asany. To, co proponują, pewnie ludziom pomaga, więc nie ma sensu się ich czepiać, że nazwali swoje ćwiczenia autorską jogą. Nie chcę także powiedzieć, że joga jest jak religia, że istnieje tylko jedna, jedynie słuszna metoda, w którą bezwzględnie wierzyć trzeba i za której wskazaniami mamy karnie i bezrefleksyjnie (jako te owieczki jogiczne) podążać. Wręcz przeciwnie – joga wydaje mi się być jakoś areligijna, bo ma w sobie sporą dawkę praktyki i opiera się na doświadczeniu (może subiektywnym i introspekcyjnym, ale jednak doświadczeniu). Rozumiem również doskonale pewien urok samodzielnej eksploracji jogicznej praktyki. Sam zresztą lubię eksperymenty i konfrontowanie moich wyobrażeń o jodze z innymi podejściami, choć konsekwentnie trzymam się mojej wybranej metody Ashtanga Vinyasa Jogi.
Ze starymi mapami do skarbów chyba już tak jest, że każdy czyta i rozumie je odrobinę inaczej. Ale jeśli ma się trochę ufności w sens zapisanych na nich wskazówek, pewnie warto zgodnie z nimi postępować. Tak przynajmniej staroświecko i być może nieco dogmatycznie sobie powtarzam. Może obiecanego skarbu nigdy nie znajdę, ale to, co już odkryłem podążając wyznaczoną przez tę mapę drogą i tak przerosło moje wszelkie oczekiwania. Więc idę dalej.

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".