Vipassana czy all inclusive?
10/01/2018
Nowy rok rozwija mi się powoli, trochę jak niszowy, skandynawski film. Dobry to czas na odświeżenie relacji z bliższymi i dalszymi znajomymi. Wiadomo – relacje to takie delikatne rośliny, które warto regularnie podlewać, nawozić, z chwastów oczyszczać. Jak się tego nie robi, marnieją i straszą potem od czasu do czasu suchym wiechciem, który mgliście zaledwie przypomina to, co było kiedyś takim intrygującym kwiatem. Pielęgnuję więc, nawożę, odchwaszczam.
Moja przyjaciółka opowiadała mi, że pod koniec słusznie minionego roku pojechała na dwutygodniową medytację Vipassana. Dla niewtajemniczonych – taki wyjazd polega na tym, że wstaje się codziennie o czwartej rano, medytuje po 10 godzin dziennie, nie wolno z nikim rozmawiać, patrzeć w oczy, ani kontaktować się w jakikolwiek inny sposób, a ostatni posiłek w ciągu dnia je się w okolicach południa. Mówiąc krótko, chodzi o to, żeby odciąć się od jakichkolwiek bodźców zewnętrznych, skupić się na medytacji i obserwowaniu tego, co w tym czasie dzieje się wewnątrz nas. Ponieważ przyszło nam żyć w czasach, kiedy zewsząd agresywnie osaczają nas najrozmaitsze doznania, informacje i podniety, takie dwa tygodnie, spędzone wyłącznie z samym sobą, byłyby pewnie dla wielu ludzi przeżyciem większym niż skok ze spadochronem z opóźnieniem prosto do górskiego jeziora w środku zimy. Moja przyjaciółka była ze swojego wyjazdu jednak zadowolona i twierdziła, że dobrze jej zrobił.
Mój stary znajomy rozwodził się natomiast z błyskiem w oku nad swoim niedawnym wyjazdem do Egiptu w wersji „all inclusive”. Dla niewtajemniczonych – taki wyjazd polega na tym, że je się cztery, obfite posiłki dziennie, cały dzień leży się nad basenem sącząc bezpłatne, kolorowe drinki, a wieczorem, po obfitej kolacji z winem, idzie się do baru, gdzie wreszcie można się napić (za darmo) czegoś konkretniejszego. Od czasu do czasu jest jakaś wycieczka, ale na szczęście nieobowiązkowa, bo gorąco, kurz, brud i – wiadomo – islamiści. Kto by więc na takie wycieczki jeździł, kiedy można leżeć nad basenem i… patrz wyżej. Pewnie dla niektórych taki wyjazd mógłby być prawdziwą katorgą, ale mój znajomy twierdził, że było zarąbiście i całkowicie się zresetował – cokolwiek w tym kontekście może to znaczyć.
Nie chcę oceniać, który sposób spędzenia końcówki roku jest lepszy. Pewnie gdybym musiał wybierać między którąś z tych dwóch opcji zdecydowałbym się na Vipassanę, chociaż perspektywa dwóch tygodni bez praktyki jogi nieco mnie zniechęca. Nie uważam jednak, że mój kolega powinien zamiast wycieczki all inclusive jechać na Vipassanę, zacząć praktykować jogę, czytać Bhagawadgitę lub przejść na weganizm. Jest coś fascynującego w tym, jak w różny sposób decydujemy się spędzać swoje życie. Przed nami tyle możliwości, takie bogactwo wyborów. Oczywiście, prędzej czy później ponosimy ich konsekwencje (podobno karma zawsze wraca), ale – jak się rozejrzeć wokół – większości z nas jakoś to specjalnie snu z powiek nie spędza.
Przypomina to trochę hinduską, planszową grę Leela, która była zapewne pierwowzorem gry „Węże i drabiny”. Gra ta jest trochę metaforą naszego bycia w świecie. Szukamy swej prawdziwej istoty, dążymy do często wzajemnie sprzecznych celów, ulegamy najrozmaitszym pragnieniom, wynikającym z naszej – powiedzmy to sobie szczerze – pokręconej natury. Wznosimy się mozolnie i pracowicie, a zaraz potem żałośnie upadamy. Chcielibyśmy spróbować wszystkiego, nasycić się światem i jego wszystkimi możliwościami, ale czujemy, że w jednym życiu to chyba niemożliwe. W ofercie tego biura podróży, z którego przyszło nam korzystać nie ma wyjazdu na „Vipassanę all inclusive”.
No i wyszło na to, że jakoś refleksyjnie nowy rok mi się zaczął. Może za dużo naczytałem się Bhagawadgity podczas mojego świąteczno-noworocznego wyjazdu?

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".