Tradycja czy innowacje?
19/04/2017
Często nasze myślenie o nas samych i świecie kształtowane jest przez pewną, przyznajmy to szczerze, pociągającą swym urokiem opowieść. Jest to opowieść o naszej wyjątkowości. Oczywiście, opowieść ta nie całkiem z palca została wyssana. Każdy z nas ma poczucie odrębności od świata, bycia różnym od innych. I ma to swoje zalety w życiu codziennym – np. przy przechodzeniu przez jezdnię. Opowieść o naszej wyjątkowości idzie jednak krok dalej. Przekonuje nas, że mamy jakiś specjalny status, że powinniśmy oczekiwać innego traktowania. Opowieść ta jest zresztą codziennie wzmacniana przez wszechobecną reklamę, która obiecuje nam, że od dzisiaj wszystko będzie dostosowane do naszych, niespotykanie unikalnych potrzeb – nawet jeśli istnienia tych potrzeb dotychczas nie podejrzewaliśmy.
Może dlatego kuszące wydają się czasem najrozmaitsze, nowe odmiany jogi, które obiecują nam, że tym razem zaspokoją nasz apetyt na coś wyjątkowego. Joga połączona z paleniem marihuany, joga do dźwięku tybetańskich mis, joga na golasa lub we wdziankach za 200 dolarów za sztukę, joga w browarze z piciem piwa pomiędzy asanami – oferta dla poszukujących czegoś nowego i dopasowanego do naszych potrzeb (jakkolwiek w danej chwili je definiujemy) jest dzisiaj wyjątkowa szeroka. Czy to dobrze? Z jednej strony wybór miewa swoje zalety. Jak się mieszka w małej miejscowości i ma się w zasięgu 50-ciu kilometrów tylko jedną szkołę jogi, prowadzącą zajęcia 3 razy w tygodniu miedzy 18:00-19:30, pewnie tęsknota za czymś innym i nowym jest zrozumiała. Z drugiej jednak – wielość nowinek, innowacji, dopasowywanie tradycyjnej w końcu praktyki do zmieniającej się mody wypacza samą tradycję, nadając jej czasem groteskowy wymiar.
Oczywiście, gdy poczytać biografie słynnych nauczycieli jogi, trudno oprzeć się wrażeniu, że – choć wiernie przekazywali uczniom tradycję swoich nauczycieli – byli jednocześnie innowatorami. Krishnamacharya – twórca jogi, która najbardziej chyba przyjęła się na Zachodzie – z pewnością nie bał się innowacji. We wspomnieniach jego syna można znaleźć wyraźne sugestie, że Krishnamacharya modyfikował często sposób swego uczenia, szukając najlepszych terapeutycznych rozwiązań. Jego uczniowie, Iyengar i Pattabhi Jois, twórczo praktykę przekazaną przez swego mistrza rozwijali. A że każdy z nich miał inną wrażliwość, życiową drogę i uczył trochę w innych warunkach, dzisiejsi nauczyciele odwołują się albo do tradycji nauczania pierwszego albo drugiego. Nawiasem mówiąc, te dwie tradycje wcale się tak bardzo nie różnią, jakby się to mogłoby wydawać, ale to już zupełnie inne historia.
Czy jednak te i inne przykłady z życia wielkich nauczycieli uprawniają każdego do wprowadzania dowolnych zmian i wymyślania własnej jogi, najlepiej określanej nazwiskiem swego twórcy? Czy każda innowacja jest dobra? Czy szukając nowości nie gubimy czegoś wyjątkowego i mądrego, co kryje się w tradycji przekazywanej z pokolenia na pokolenie? Czy warto zmieniać tradycję, aby nadążać za zmieniającymi się modami? Czy dopasowując praktykę do oczekiwań uczniów nie odbieramy jodze jej transformacyjnej mocy? W końcu nieodłącznym elementem praktyki jest pewien rodzaj poddania się, zawierzenia, otwartości na zmianę – nawet (a może zwłaszcza) jeśli zmiana ta jest wyzwaniem dla ciała i bywa bolesna dla ego.
Jeśli w poczuciu własnej wyjątkowości oszlifujemy wszelkie niewygodne kanty, pominiemy wszystkie trudne asany, zapomnimy o jamach i nijamach, dopasujemy teorie jogi do współczesnej (nie)wrażliwości na sprawy duchowe – czy to, co pozostanie nie stanie się jedynie wymyślnym rodzajem fitnessu, ćwiczonym do dźwięków okcydentalnej muzyki? Biorąc pod uwagę mizerny poziom aktywności fizycznej przeciętnego człowieka, to także coś. Ale czy koniecznie trzeba to zaraz nazywać jogą?

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".