Tapas po grecku
4/09/2018
Miałem ostatnio szczęście spędzić tydzień w Grecji na urokliwej wyspie Paros. Pogoda była piękna, powietrze pachniało solą, ziemią spaloną słońcem i dzikim tymiankiem, a moje główne zajęcie polegało na obserwacji różnych odcieni turkusowego Morza Egejskiego. Słowem, było bajecznie i grecko. Jednego dnia, kiedy leżałem sobie na plaży i gapiłem się na te morskich turkusów odcienie, do brzegu popłynął jacht. Nie było w tym może nic nadzwyczajnego, bo plaża łatwiej dostępna była od wody niż od lądu, gdyby nie to, że z jachtu zaczęła dobiegać nieco agresywna muzyka. Mówiąc krótko, na sielskiej, prawie pustej plaży, pośród szumu fal i wiatru pojawił się kontrast chamskiego łubu-dubu. Wtedy właśnie doceniłem naprawdę znaczenie jogicznych tapas, o których pisał w swoich Sutrach Patanjali.
Nie wiem, jak to było za czasów Patanjalego, ale my żyjemy w świecie, który ma obsesję nieustannego dokarmiania zmysłów. Ciągle poszukujemy nowych bodźców, którymi można by je dodatkowo dopieścić. Jak idziemy do kina, to nie wystarczy nam, że będziemy rozkoszować się obrazem, dźwiękiem i historią intrygująco opowiedzianą. Musimy jeszcze do tego dokupić coś do jedzenia i picia. Z kolei gdy siadamy w domu do obiadu, nie skupiamy się na doświadczaniu smaku spożywanych potraw, ale włączamy telewizor. Kiedy idziemy do restauracji, zamiast prostego, smacznego i pożywnego dania, dostajemy często przekombinowaną, przeestetyzowaną i dziwnie nazwaną kompozycję spożywczą . A jak jesteśmy na wakacjach, to zamiast rozkoszować się ciszą i szumem fal … słuchamy łubu – dubu. Nasze zmysły bombardowane są codziennie tyloma bodźcami, wabione tyloma podnietami, łechtane tak wieloma stymulantami, że kiedy znajdujemy się pośród dzikiej przyrody, mamy widać wrażenie jakiejś dziwnej deprywacji sensorycznej. Naturalne zjawiska i bodźce wydają się jakoś płaskie i za mało wypasione. Włączamy więc muzę. Trochę jak byśmy bali się pobyć przez chwilę z samym sobą, ciszą i naturą, której w końcu częścią jesteśmy.
Jogiczne tapas są trochę przeciwieństwem takiego stylu życia. Tapas tłumaczy się czasem jako „praktyki ascetyczne” albo „dyscyplinę”. W obu przypadkach nie kojarzy się to współczesnemu człowiekowi zbyt dobrze. Pierwsze przywodzi na myśl mroki średniowiecza, drugie – szkołę z internatem prowadzoną przez zakonnice. Tymczasem pojęcie tapas ma sens i wcale nie straciło na aktualności. Oczywiście, w zależności od sytuacji życiowej będzie się nieco różniło znaczeniem. Czym innym będą tapas dla kogoś, ktoś postanowił spędzić resztę życia na medytacji w aśramie, innego znaczenia nabierają, kiedy żyjemy pośród ludzi, mamy rodzinę i chodzimy do pracy. Ale w obu przypadkach będą miało podobny sens.
Bo tapas to po prostu samoograniczenie i pełne oddanie się czemuś, co robimy. Dla miłośników jogi w świecie współczesnym mogą więc na przykład oznaczać nie objadanie się wieczorem przed poranną praktyką (samoograniczenie) oraz codzienne rozwijanie maty – niezależnie od tego, czy się chce czy się nie chce (oddanie, samodyscyplina), a także całkowite zaangażowanie w to, co robimy na macie. W kontekście wakacyjnego odpoczynku natomiast tapas mogą oznaczać pogodzenie się z surową prostotą natury, innością ciszy, brakiem Internetu lub jakiegokolwiek współczesnego bodźcowania. A więc także z tym, że jak się wypasionym jachtem płynie po turkusowych falach Morza Egejskiego, to się nie słucha muzy tylko każdym zmysłem chłonie wszechogarniające doświadczenie greckości.
Przez chwilę miałem nawet ochotę podpłynąć do jachtu (nie było aż tak daleko) i wdać się z jego właścicielem w filozoficzną dyskusję o roli tapas w życiu współczesnym. Jednak po chwili jacht odpłynął. Widać było jednak za cicho i za nudno. Mogłem więc powrócić do praktykowania bycia z samym sobą, czyli do gapienia się na morskie turkusy.

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".