Szósta jama
18/07/2018
Chciałoby się napisać, że rzecz działa się dawno, dawno temu, w odległej galaktyce, ale – niestety – jest całkiem aktualna i dzieje się u nas. Wpadłem niedawno na kawę do jednej z warszawskich, sieciowych kawiarni. Robią dobrą kawę, pracują tam mili ludzie, więc dlaczego nie? Obok kasy, na kontuarze stał jak zwykle talerz kanapek. Niby nic specjalnego, ale na każdej z nich napisane było „ekspozycja”. Kanapki były prawdziwe – niektóre nawet bez mięsa, ale były tylko na pokaz. Klient mógł zobaczyć, co jest w ofercie i zamówić „prawdziwą” kanapkę z lodówki.
Jak się potem dowiedziałem, ten cudaczny „model biznesowy” został wprowadzony dlatego, że podczas niedawnej fali upałów, kilkunastu klientów tej sieci czymś się struło i w ten zapewne sposób właściciel zdecydował się problem rozwiązać. Na pierwszy rzut oka, nic w tym zdrożnego nie widać. Może Sanepid zabronił sprzedawania kanapek, które nie są przechowywane w lodówce? Może kierownictwo sieci postanowiło wykazać się troską o zdrowie klientów? A jednak, gdy się widzi taką praktykę, coś się w człowieku burzy. W końcu firma zdecydowała się oprzeć swój model biznesowy na… świadomym marnotrawstwie. Kluczowym jest tu słowo „świadomym”, bo w każdej restauracji czy kawiarni zawsze trochę jedzenia się marnuje. Czasem trudno wszystko zaplanować co do kromki. Nie dorobiliśmy się także jako społeczeństwo systemu odbierania i dystrybucji niepotrzebnej, ale dobrej żywności do potrzebujących. Jednak w tym przypadku rzeczy mają się zupełnie inaczej. Zamiast zainwestować w lady chłodnicze (jak np. konkurencja) albo wydać parę złotych na ładne zdjęcia czy plakaciki, firma postanowiła codziennie, w każdym ze swoich kilkunastu punktów po kilka kanapek… wyrzucać.
Co gorsze, na moje pytanie do obsługi, czy nie widzi w tym nic zdrożnego, że codziennie (napiszę to raz jeszcze, bo warto), w sposób zaplanowany wyrzuca jedzenie, otrzymałem odpowiedź, że to nic takiego, bo to kilka kanapek, a i tak nigdy wszystkich się nie sprzeda, więc się wyrzuca. Podjąłem więc desperacką próbę wpłynięcia na politykę firmy i wdałem się w mailową korespondencję z kierownictwem. Oczywiście, nic to nie dało. Otrzymałem jedynie umiarkowanie grzeczną odpowiedź, że jeśli mam pomysł na zagospodarowanie żywności, która zostaje w sieci na koniec dnia, chętnie z niego skorzystają. Co więcej, pomimo kilku maili, nie byłem w stanie wytłumaczyć dziewczynie, która tytułowa się menadżerem (to chyba implikuje studia wyższe?), że istnieje fundamentalna etyczna różnica w marnowaniu jedzenia w sposób niezamierzony (np. złe planowanie, nagłe spadki popytu, itd.), a modelem biznesowym, który z góry zakłada marnotrawstwo.
Oczywiście, sam święty nie jestem i zdarzało mi się znaleźć puszkę cieciorki, która „schowała” się w kredensie i przekroczyła dawno swoją datę przydatności do spożycia. Kiedy zaczyna się sezon na owoce, bywa i tak, że kupię zbyt dużo malin, czereśni, porzeczek … Jeśli nie pleśnieją, staram się je mrozić. Jeśli jednak pleśniają… Cóż – wtedy niestety wyrzucam. Staram się jednak usilnie dokładnie planować zakupy, nie robić jedzenia na zapas i uważać na szybko psujące się produkty. Nawet za cenę tego, że czasem lodówka będzie świeciła pustkami i będę musiał zebrać się w sobie i iść na zakupy.
Konsumpcyjna kultura w której żyjemy niejako zachęca do marnotrawstwa. W każdym sklepie stymulują nas do kupowania nowych produktów. Premiowane są również zakupy dużych ilości i dużych opakowań. Niekiedy ceny żywności (głównie tej przemysłowej) są tak niskie, że konsument nie ma właściwie żadnej motywacji (poza etyczną), żeby szczególnie przejmować się tym, czy aby nie za dużo czegoś kupuje. Powoduje to nie tylko to, że wokół nas rosną góry śmieci, ale także to, że na górach tych ląduje nadająca się do spożycia żywność lub żywność przeterminowana z naszej wyłącznej winy.
Jest to głęboko nietyczne z dwóch względów. Po pierwsze, są jeszcze takie miejsca na ziemi, gdzie ludzie ciągle umierają z głodu. Są także tacy ludzie – w Polsce również – którzy regularnie nie dojadają czy najzwyczajniej kładą się spać głodni. Po drugie, wyprodukowanie odpowiedniej ilości żywności dla coraz większej liczby osób zaludniających naszą planetę staje się coraz większym wyzwaniem. Aby temu podołać, wycinamy lasy, niszczymy gleby, zwiększamy ilości nawozów sztucznych i pestycydów, zużywamy coraz więcej wody, itd. Każdy kilogram wyrzuconej żywności jest więc nie tylko stratą dla potrzebujących, ale zupełnie niepotrzebnym obciążeniem dla środowiska, które użyczyło nam uprzejmie swoich zasobów, abyśmy byli w stanie ją wytwarzać.
Jedną z zasad etycznych dla osób praktykujących jogę jest ahiṃsā – czyli niekrzywdzenie. Zwykle tłumaczy się to pojęcie używając przykładów wyrządzania krzywdy czy zadawania cierpienia innym ludziom czy – szerzej – innym świadomym istotom. Ahiṃsā jest jednym z tych pojęć, które stanowią niezwykle ważny, bardzo płodny i unikalny wkład filozofii indyjskiej, w tym także jogi, do kultury i etyki światowej. Wywarło ono ogromny wpływ na kształtowanie się ruchów politycznych, społecznych oraz ekologicznych na całym świecie, a także zmiany w podejściu do zwierząt oraz rozwój wegetarianizmu i weganizmu. Ahiṃsā jest jedną z pięciu zasad etycznych (tzw. jam), którymi powinny kierować się osoby praktykujące jogę. Jak możemy przeczytać w Jogasutrach Patanjalego, zasady te dotyczą wszystkich niezależnie od ich urodzenia, czasu, miejsca, wykonywanego zawodu, itd. Stanowią one nawet coś, co określa się mianem mahāvrata – czyli wielkiego zobowiązania czy nawet przysięgi (JS II:31). Może na potrzeby naszej konsumpcyjnej kultury powinniśmy dodać do zbioru tych jam zasadę szóstą – a mianowicie niemarnowanie żywności?
Oczywiście ahiṃsā jest w stosunku do pozostałych jamą nadrzędną, a więc można z niej wywnioskować także świadome i mądre korzystanie ze środowiska, jego zasobów, w tym także niemarnowanie jedzenia. Jednak biorąc pod uwagę nasz często nonszalancki stosunek do żywności, może warto by zasadę tę (choćby tymczasowo) podkreślić? I nie ma tu zasadniczego znaczenia, czy marnujemy żywność pochodzenia zwierzęcego czy roślinnego. Rosnące areały wykorzystywane do upraw i hodowli powodują lawinowe kurczenie się zasobów, z których mogą korzystać inne istoty. W rezultacie masowo wymierają gatunki i zmniejsza się populacji tych, które jeszcze pozostały. W tej sytuacji każdy wyrzucony bezmyślnie kilogram jedzenia jest – mówiąc delikatnie – zwyczajną głupotą, zaś każde celowe marnowanie żywności zakrawa na… No właśnie, jakiego tu słowa trzeba użyć, żeby nie być posądzonym o bycie oszołomem czy radykałem?
Pewnie sieć kawiarni, o której wspomniałem nie zmieniłaby przez to swojej polityki robienia z kanapek „ekspozycji”. Tak jak nie zmienią się podobne praktyki wielu innych firm w tym zakresie. Jednak może my sami, choćby w naszym jogicznym środowisku, będziemy w stanie odrobinę marnotrawstwo takie ograniczyć? Może jesteśmy w stanie zainspirować innych? Pewnie wychodzi ze mnie znowu duże, naiwne dziecko. Z drugiej jednak strony, jak pisał (w zupełnie innym kontekście) Czesław Miłosz:
Nie jesteś jednak tak bezwolny,
A choćbyś był jak kamień polny,
Lawina bieg od tego zmienia,
Po jakich toczy się kamieniach.

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".