Skąd brać czas na jogę?
9/08/2017
Mówiąc zupełnie szczerze, pytanie to nigdy nie przyszło mi do głowy. Od czasu, kiedy praktykuję jogę zawsze znajduję na nią czas. Nawet mam wrażenie, że dzięki mojej codziennej praktyce mam więcej czasu niż kiedyś, że jestem w stanie się szybciej skupić i – niezależnie od tego, co mam do zrobienia – idzie mi to szybciej i łatwiej. Ale może to tylko wrażenie, bo jak powszechnie wiadomo jestem jogicznym kosmitą i wariatem, który jeśli tylko znajdzie kawałek wolnej, płaskiej powierzchni zaraz rozwija na niej matę i trzaska powitania słońca. (Tak przynajmniej twierdzą niektóre złośliwe, choć dobrze mi życzące osoby, ale o tym może innym razem.) Z pytaniem tym skonfrontowałem się podczas podróży, kiedy to w pociągu pewna sympatyczna młoda dama (zapewne widząc moją leżącą na półce matę) zaczęła o jogę wypytywać. A jak już zaczęła, to dalej poszło samo. Od jak dawna? Jak często? Ile godzin dziennie? No i, oczywiście, jak znajduję na to wszystko czas. Dzisiaj będzie więc o poszukiwaniu czasu na jogę – czyli taki mini przewodnik dla opornych.
Oczywiście, doba nie jest z gumy i ma tylko ograniczoną liczbę godzin, z czego jakiś czas warto przeznaczyć na sen. Praktyka jogi będzie zatem z konieczności praktyką wyborów – czyli sztuką rezygnowania z innych, mniej ważnych, rzeczy. Wbrew pozorom wcale to takie trudne nie jest, bo istnieje całkiem sporo czynności, z których można rezygnować, żeby choć na 20 minut matę rozwinąć i dalej wiadomo co …
Po pierwsze – oglądanie telewizji
Czasem warto zrobić prostą kalkulację: ile czasu tygodniowo zajmuje nam oglądanie wiadomości, prognozy pogody, ulubionych seriali, starych, ale dobrych filmów, itd. Nie czuję się jogicznym talibem i – choć sam żyję w telewizyjnym celibacie – nie proponuję całkowitej rezygnacji z telewizji. Bez specjalnego wysiłku jednak można czas spędzany przez telewizorem nieco ograniczyć. A gdyby tak na przykład z sumy minut, które wyszły z naszej kalkulacji 15% odłożyć na boku? W końcu 15% to niedużo. A jak dużo, może być 10%. Może jakoś da się żyć bez informacji o tym, z której strony nasunął się akurat wyż albo jakim bon motem popisał się aktualnie poseł Suski. Przecież nawet najlepszy film skończy się tak samo, a czwarty sezon rewelacyjnego serialu bardzo rzadko jest równie dobry, jak pierwszy.
Po drugie – czytanie rzeczy niepotrzebnych
Nie chcę tu oczywiście podpaść dyrektorom bibliotek, polonistom i pisarzom, którzy (całkiem słusznie) biją na alarm, że za mało czytamy. Jestem wielkim zwolennikiem czytania. Można nawet powiedzieć, że jestem od czytania uzależniony, więc wiem, że czasem nie jest łatwo tej pokusie się oprzeć. Zwłaszcza gdy kolorowa okładka czasopisma krzyczy, że rozwiąże wszystkie moje życiowe problemy i pomoże mi szybko zostać młodym, bogatym i zdrowym. Książki też nie lepsze – jedna dostała właśnie ważną nagrodę, inną popełnił znajomy, jeszcze inna dzieje się w Nepalu, a to przecież takie fascynujące miejsce. Nie twierdzę zatem, że trzeba przestać w ogóle czytać. Proponuję tylko małe ćwiczenie. Niech każdy spojrzy pół roku wstecz i przypomni sobie te wszystkie książki i artykuły, które faktycznie czegoś go nauczyły, poruszyły, albo przynajmniej solidnie rozbawiły. Ile tego będzie? Gdyby tak zważyć przeczytany w poprzednim półroczu, spełniające te kryteria, papier, mogłoby się okazać, że z powodzeniem dałoby się go podnieść w jednej ręce. A zatem zanim weźmiemy do ręki książkę, kolorowy magazyn czy gazetę, zastanówmy się czy nasz czas jest faktycznie jej warty. Szczególnie zdradliwe jest tu czytanie przy okazji. Przy okazji – kawy czy herbaty na mieście, do śniadania, po lunchu, itd. Okazuje się wtedy, że szybkie espresso na mieście zajmuje 30 minut, a niedzielne śniadanie grubo ponad godzinę.
Po trzecie – media społecznościowe
Podobnie jak w przypadku książek i gazet nie jestem wcale przeciwnikiem Facebooka, Instagrama, YouTube, czy innych elektronicznych form komunikacji. Ułatwiają one dostęp do informacji, pozwalają na szybką komunikację ze znajomymi i generalnie ubarwiają życie. Zostały jednak tak diabelsko wymyślone, że wciągają użytkownika w interakcję. I warto przy tym pamiętać, że robi to nie jakaś fascynująca, żywa osoba, ale algorytm, którego jedynym celem jest wymuszenie na nas klikania. Bada on nasze wcześniejsze wędrówki po sieci, preferencje naszych znajomych, itd. i podsuwa nam różne treści. Czasem podsunie dobrze – oto w naszym mieście odbędzie się ciekawy wykład, zaś pewna linia lotnicza ma promocje na loty do Bangkoku. Jednak w większości przypadków otrzymywane przez nas powiadomienia nie dotyczą rzeczy istotnych i ich sprawdzanie po prostu zajmuje czas. Gdyby zatem świadomie odciąć się od sieci na godzinę, może dwie-trzy dziennie? Ile minut w miesiącu w ten sposób udałoby się nam zaoszczędzić?
Po czwarte – sen
Wiem, sen to zdrowie. Ale wyjąwszy dzieci oraz osoby chore, przeciętny dorosły potrzebuje mniej snu niż mu się wydaje. Długie wysypianie się natomiast może powodować jeszcze większą ospałość, otępienie i brak energii. Według psychologów pod koniec zbyt długiego snu, zamiast regenerować siły, wędrujemy głównie po krainie sennych marzeń, konfrontując się często z wytworami (potworami) naszej wyobraźni – a to bywa całkiem męczące. Oczywiście, ilość potrzebnego snu jest sprawą indywidulaną. Taki Einstein podobno potrzebował góra 4 godziny. Ktoś inny może potrzebować więcej. Jeżeli jednak śpimy dłużej niż średnia krajowa, może jest to sygnałem, że coś trzeba zmienić? Może warto nie najadać się przed snem i zamiast oglądać filmy czy śmieszne filmiki na YouTube, pójść na krótki spacer? A gdyby tak nastawić sobie budzik o 15 minut wcześniej niż zwykle? A potem o 20 i 30 minut… W końcu 30 minut dziennie to już całkiem poważna praktyka jogi. Dodatkowo, jeśli będzie ona regularna, spowoduje, że będziemy szybciej zasypiać, lepiej spać i szybciej się wysypiać.
Oczywiście, w doradzaniu innym warto zachować odrobinę pokory. Jeśli ktoś wychowuje samotnie dwójkę dzieci, pracuje na dwa etaty, czy opiekuje się kimś poważnie chorym w rodzinie, pewnie i tak nie ma czasu na oglądanie telewizji, czytanie, surfowanie po Internecie, a sypia ledwie kilka godzin dziennie. Nie zawsze więc uda się znaleźć czas na robienie tego, co chciałoby się bardzo robić. W większości jednak przypadków mówienie o braku czasu na jogę bywa jedynie wygodną wymówką, takim małym alibi, które pozwala tkwić w starych, pożerających czas nawykach.
Po wysłuchaniu moich przemyśleń młoda dama z pociągu podirytowana wydęła ust koral i resztę podróży uporczywie wpatrywała się w ekran swojego telefonu. Muszę więc jeszcze popracować nad argumentacją.

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".