Siódma seria
16/08/2017
Trochę mi się oberwało za ostatni odcinek mojego bloga. Pomimo tego, że starałem się ważyć słowa i zbytnio nie przesadzać, dostałem burę od skądinąd sympatycznej, znajomej joginki, która stwierdziła, że głoszę nieżyciowe i w dodatku szowinistyczne tezy. Dla przypomnienia, pisałem o tym, jak wygospodarować czas na codzienną praktykę jogi, ograniczając (lub eliminując) pożerające czas nawyki – np. oglądanie telewizji, czytanie niepotrzebnych i niezbyt wartościowych rzeczy, siedzenie na mediach społecznościowych czy zbyt długie wysypianie się. Otóż moja znajoma stwierdziła, że piszę jak typowy facet, którego podstawowy dylematem jest to, czy oglądać w telewizji mecz w towarzystwie kolegów i sześciopaka piwa czy może raczej pójść na siłownię. „W prawdziwym życiu to ja muszę się dobrze kombinować, jak znaleźć 20 minut na jogę między odprowadzeniem dzieciaków do szkoły, pracą, zakupami, sprzątaniem i gotowaniem, a nie zastanawiać się czy raczej czytać 50 twarzy Grey’a czy może raczej iść na półtoragodzinne zajęcia jogi połączone 20-minutową medytacją” – zakończyła swoją tyradę moja znajoma, a zdanie to cięło przerażone powietrze, jak brzeszczot miecza.
No cóż trochę prawdy w tych zarzutach jest. Nawet całkiem sporo prawdy. I na nic przekonywanie, że przecież wyraźnie napisałem, że bywają takie sytuacje, kiedy czas na jogę znaleźć trudno. Na nic tłumaczenia, że pisałem głównie o przypadkach, kiedy szukamy wygodnych wymówek, aby jogi nie praktykować. Trzeba zatem posypać głowę popiołem, wór pokutny przywdziać, z pokorą do klawiatury usiąść i tekst uzupełnić.
Pewnie warto zacząć od tego, że dylemat, o którym napisała moja znajoma nie jest wcale nowy i charakterystyczny wyłącznie dla naszych, rozedrganych czasów. Upraszczając nieco sprawę, można powiedzieć, że jest to dylemat między dharmą (powinnością) a sadhaną (regularną praktyką). W nurcie jogi pustelniczej dylemat ten rozwiązuje się stosunkowo łatwo. Praktykujący jogę po prostu wyrzeka się tzw. „normalnego życia” zaszywa się w samotni i oddaje się wyłącznie praktyce. Wówczas dharma staje się tożsama z sadhaną i po kłopocie. Trudno jednak tego typu rozwiązanie komukolwiek polecać. Po pierwsze – niewielu z nas odczuwa tęsknotę za pustelniczym życiem. Po drugie – joga, którą praktykujemy na Zachodzie najczęściej wywodzi się od Krishnamacharyi, który pustelnikiem nie był, miał żonę, dzieci i nauczał jogi przeznaczonej dla ludzi żyjących w rodzinach i na co dzień funkcjonujących społeczeństwie.
Według Krishnamacharya nasza sadhana zmienia się w zależności od etapu życia, na którym się znajdujemy. Kiedy jesteśmy młodzi i nie ciąży nad nami jeszcze wiele obowiązków, mamy czas na poświęcenie się praktyce. Naszą dharmą jest wówczas uczenie się – czyli sadhana. Kiedy zakładamy rodzinę, idziemy do pracy, kiedy pojawiają się rozliczne obowiązki wobec bliskich i społeczeństwa, nasza sadhana z konieczności się zmienia. Ciągle praktykujemy, ale nie robimy tego kosztem zaniedbywania naszych obowiązków wobec innych. Na koniec dochodzimy do etapu, w którym dzieci się usamodzielniają, naszych obowiązków ubywa i możemy ponownie wrócić do praktyki, choć z oczywistych względów może mieć ona nieco inny charakter niż ta, gdy byliśmy piękni, sprawni i młodzi. Niezależnie od tego, czy wizja Krishnamacharyi wydaje się nam aktualna, warto zauważyć, że wynika z niej jeden prosty wniosek: sadhana jest zawsze podporządkowana dharmie. A więc obowiązek przede wszystkim.
Jeden z najznakomitszych uczniów Krishnamacharyi, Pattabhi Jois, mówił o tego typu kwestiach podobnie, choć nieco bardziej żartobliwie. W systemie Ashtanga Vinyasa Jogi, który Pattabhi Jois stworzył, asany pogrupowane są zwyczajowo w sześć serii. Większość śmiertelników praktykuje jedynie pierwszą serię asan. Niektórzy praktykują drugą. Nielicznym udaje się pójść dalej. Asany szóstej serii są tak trudne, że jakoś mało kto chwali się nimi na Instagramie, więc można spokojnie założyć, że będziemy praktykować je raczej w kolejnych wcieleniach. Mówiąc o życiu rodzinnym, Pattabhi Jois powiedział natomiast, że to jest taka nasza siódma seria asan.
Jakie z tego wszystkiego płyną praktyczne wioski? Po pierwsze, nie ma nic złego w tym, że na pewnym etapie naszego życia nie zawsze mamy czas na jogę. Taka widać dharma. Po drugie, jeśli ktoś znajduje choćby odrobinę czasu na jogę w szale rodzinnych obowiązków, jego sadhana jest super zaawansowana, bo i tak praktykuje przecież siódmą serię asan. Po trzecie, do bardziej regularnej praktyki zawsze można wrócić, kiedy tylko nasza dharma na to pozwoli, byle wtedy nie zacząć oglądać seriali w telewizji czy marnować wolnego czasu na Facebooku.
Na koniec, może dla odmiany narażę się facetom i wyjdę na beznadziejnego pantoflarza oraz feministę, ale Panowie – do licha ciężkiego – jeżeli wasza kobieta miota się między dziećmi, pracą zawodową, gotowaniem, sprzątaniem i zakupami, żeby wygospodarować trochę czasu na jogę, może wyłączcie mecz w telewizji i popraktykujcie trochę tej siódmej serii. W końcu to także wasza dharma.

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".