Sekret udanej asany
1/02/2017
Czy udają wam się wszystkie asany? Bo mnie tak. Niezależnie od tego, jak są trudne od pierwszego razu udają mi się znakomicie. Szczególnie udają mi się te, które mi nie wychodzą. Dzięki nim najwięcej się dowiaduje. O sobie, o swoim ciele, o jego historii, o sportach, które kiedyś uprawiałem (a szczególnie o tych, których zawsze unikałem), o starych urazach, o których wiedziałem i tych, o których nie wiedziałem. Szczególnie udane są te asany, które nie wychodzą mi przed dłuższy czas. Dzięki nim dowiaduje się dużo także o sprawach nie tylko z ciałem związanych – o moich lękach, braku wiary oraz zupełnie dziwacznych przekonaniach, że coś się na pewno nie uda albo, że w moim wieku lepiej niektórych rzeczy nie próbować.
Cenię sobie na przykład moje spotkanie z wstawaniem z mostka do pozycji stojącej. Najpierw mniej więcej rok czasu zajęło mi nauczenie się, jak bezpiecznie i w miarę komfortowo z pozycji stojącej do mostka opadać. Kiedy mój nauczyciel, Przemek, powiedział mi po raz pierwszy, że coś takiego mam zrobić, spojrzałem na niego badawczo i zapytałem „Jesteś pewny?” Okazało się, że był pewny. Tak zaczęła się moja, jak mi się wówczas zdawało beznadziejna, walka z bezczelnie i powszechnie obowiązującą siłą grawitacji, z wyobrażeniami o tym, jak spadam do tyłu i rozwalam sobie łeb, łamię kark, czy robię sobie coś równie mało sympatycznego. Ale siła grawitacji to był mały pikuś w porównaniu z tą nienazwaną, niedozobaczoną, czarną dziurą za moimi plecami. W końcu nasze życie toczy się zawsze z przodu – tam mamy oczy, w tym kierunku się poruszamy, nasze ramiona do przodu naturalnie się wyciągają. A co jest z tyłu? Teoretycznie, wiemy, że niby coś tam jest, ale czy można mieć stuprocentową pewność? Szczególnie gdy w wygięciu do tyłu dłonie wiszą w powietrzu poszukując maty, a maty nie ma, nie ma i ciągle nie ma … A może tam jest kraina pełna naszych znanych i jeszcze niepoznanych demonów, jakaś bezdenna czeluść rozpaczy, a może tam mieszkają złośliwe, internetowe trolle – kto wie?
Nie było jednak rady. Skoro Przemek „kazał”, trzeba było opadać. A jak się już nauczyłem samodzielnie opadać, trzeba było zacząć się uczyć samodzielnie podnosić (#przemekkazal). Ten element ćwiczenia był jeszcze bardziej udany niż poprzedni, bo miałem okazję go obłaskawiać przez półtora roku. Kiedy takie samodzielne opadanie i wstawanie zaczęło mi już wychodzić, przestało być już takim udanym ćwiczeniem – stało się to po prostu elementem codziennej praktyki. Też pięknie, więc nie ma co narzekać.
Szczęśliwie asan jest bardzo dużo. Według niektórych źródeł Sziwa znał tyle asan, ile jest gatunków różnych istot żywych, a więc 8 milionów 400 tysięcy (tak ponoć policzyli dawno, dawno temu w Indiach), choć tylko 84 z nich to podobno asany podstawowe. W systemie Ashtanga Jogi jest 6 serii asan, a każda seria składa się z kilkudziesięciu pozycji. Co prawda, większość śmiertelników robi jedynie pierwszą lub drugą serię (szóstą robi chyba sam Sziwa), ale to w zupełności wystarczy, aby znaleźć sobie ulubioną asanę, która jest udana… bo zupełnie nam nie wychodzi.

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".