Poza myślami
15/11/2017
Praktyka jogi dzieje się na wielu poziomach. Jednym z ich jest poziom myśli, a raczej ich braku. Nie chodzi tu oczywiście o utratę świadomości. Wręcz przeciwnie – podczas praktyki jogi mamy być świadomi siebie i swojego ciała. Chodzi o jednak o świadomość siebie, a nie świadomość swoich myśli. Chodzi to, żeby nasze myśli nie krążyły wokół tego co było, co będzie lub co dzieje się obok. Takie bycie świadomym poza myślami jest sztuką trudną. A jeszcze trudniej utrzymać taki stan przez czas dłuższy, np. przez całą praktykę.
Szczególnie trudno wyjść poza myśli, gdy dużo się dzieje. W pracy, w rodzinie, w naszym otoczeniu. Kiedy klient marudzi, terminy gonią i dopadają nas nagle nierealne oczekiwania, które w przypływie niczym nieuzasadnionego optymizmu staramy się bezskutecznie spełniać. Kiedy spotyka nas coś złego albo coś dobrego, co burzy – jak się złudnie zdawało – ustalony porządek rzeczy. Kiedy nagle skonfrontujemy się z ludźmi o zupełnie innych poglądach, wrażliwości i systemie wartości. Gdy, na przykład, wracając z jogi otrzemy się o wracających z meczu kibiców piłkarskich, kiedy okaże się, że nasz znajomy jest zapalonym myśliwym albo gdy obejrzymy migawki z marszu kilkudziesięciu tysięcy naszych – jakby nie było – rodaków maszerujących dziarsko pod rasistowskimi, faszystowskimi i ksenofobicznymi hasłami. Coś wtedy się w nas burzy i pryska sen o joginie/jogince pełnym wewnętrznego spokoju, jak kwiat lotosu unoszący się po niewzruszonej tafli jeziora.
Nasze myśli bulgocą pod pokrywką nawet kiedy nic się nie dzieje. Nagle coś nam się z czymś skojarzy, to nowe „coś” znowu skojarzy się z czymś innym i zaraz nasze myśli wędrują w czasie rozpamiętując przeszłość lub kreując przyszłość, skacząc po miastach, państwach kontynentach, a czasem nawet po galaktykach. Kiedy już wrócimy do teraźniejszości i do miejsca, gdzie się aktualnie znajdujemy, ogarnia nas czasem łagodne zdumienie, jak to się stało, że po ugryzieniu kawałka ciastka zaczęliśmy intensywnie myśleć o kimś, kto zrobił nam świństwo wiele lat temu albo dlaczego kilka rytmów starej, włoskiej melodii rzuciło nas w środku polskiej, słotnej jesieni do słonecznej Kalifornii.
Czasem w tym wyjściu poza myśli przeszkadzają nam te wszystkie mądre teksty, które czytaliśmy – także te dotyczące jogi. Z jednej strony dobrze przecież poczytywać od czasu do czasu Joga Sutry, Bhagavadgitę, czy obejrzeć sobie na YouTube wywiad z jakimś mądrym nauczycielem jogi. Dobrze chodzić na wykłady, jeździć na warsztaty i uważnie słuchać tego, co inni mają o jodze do powiedzenia. Jednak gdy wchodzimy na matę, całą tę teorię mamy odstawić na bok i nie zastanawiać się nad istotą trójkąta kiedy robimy Trikonasanę, czyli trójkąt właśnie. A już na pewno nie powinniśmy myśleć o tym, czym jest Samadhi, bo to najlepszy sposób, aby Samadhi nie doświadczyć. To paradoksalne. Ciekawie mówił o tym Tarik van Prehn podczas warsztatów, w których miałem okazję niedawno uczestniczyć.
A zatem dzisiaj, podczas praktyki, skupiałem się na zapominaniu i na niemyśleniu. Czasem mi się udawało, czasem nie bardzo. Widać długa droga jeszcze przede mną. A mówią, że to asany są trudne.

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".