O perfekcjonizmie raz jeszcze
4/07/2018
Niedawno pisałem o perfekcjonizmie i jego – czasem – niedobrych skutkach (pełny tekst tutaj). Po tym wpisie dostałem trochę pytań i komentarzy. Ku mojemu szczeremu zdziwieniu, niektórzy mówili mi, że dotychczas wydawało im się, że to ja jestem perfekcjonistą. Może zresztą coś w tym jest? W końcu, kiedy się o czymś myśli czy pisze, najczęściej przychodzą nam do głowy rzeczy, z którymi sami mamy problem, które nas trapią lub nawet prześladują. Nie chcę się w żadnym przypadku porównywać, ale taki na przykład Proust pisał o poszukiwaniu straconego czasu, św. Pseudo-Dionizy Areopagita skrobnął ongiś traktat o hierarchii aniołów, zaś Freud pisał … no tu może już skończę, bo chyba lepiej nie wchodzić głębiej w to coś, z czym Freud miał problemy. Wychodzi więc na to, że sam czasem przez zmorę perfekcjonizmu prześladowany jestem, a tekst mój jawi się chyba jako rodzaj nieudolnej i nieuświadomionej autoterapii.
Potwierdziła to niedawno pewna ambitna joginka, która przyszła do naszej szkoły na zajęcia i wytrwale dążyła do osiągnięcia perfekcji w pincha mayurasanie. Sam przechodzę obecnie fazę burzliwego związku (tzw. hate-love relationship) z tą właśnie asaną, więc obserwowałem te zmagania z podziwem dla jej umiejętności i zaangażowania. Kiedy wyraziłem uznanie dla jej starań i powiedziałem, że jest perfekcjonistką, powiedziała: „Jak ktoś praktykuję Ashtagę, to musi być perfekcjonistą”. No i wyszło szydło z worka.
Faktycznie, robiłem już kiedyś ten coming-out, ale powtórzę. Tak, praktykuję Ashtanga Vinyasa Jogę. Tak, sześć razy w tygodniu staję na macie i spędzam na niej dobre półtorej godziny. Tak, biorę matę na moje wszystkie wakacje i służbowe wyjazdy, żeby nie tracić okazji do praktyki. Po takiej deklaracji pewnie wielu uzna mnie za wariata, kosmitę albo kogoś opętanego (wiadomo joga…), ale wcale mi to nie przeszkadza i czuję się z tym całkiem dobrze. Czy więc jestem perfekcjonistą, który codziennie cyzeluje swoje asany, dopieszcza melodię oddechu i masuje rozedrgane myśli tymi nielicznymi chwilami wewnętrznego uspokojenia? Być może tak. Przecież ciągle się staram, ciągle pracuję i do czegoś dążę. Z drugiej strony myślę jednak, że jakoś już się nauczyłem, żeby czasem trochę odpuszczać, nadmierne ciśnienie spod pokrywki uwalniać i godzić się z tym, że miejsce, w którym się na daną chwilę znajduję jest najlepszym z możliwych oraz że warto się cieszyć z tego, co mam dzisiaj, bo w końcu nie jest wcale pewne, czy będę miał taką okazję jutro.
Pomiędzy ciągłym dążeniem do bycia lepszym a uznaniem własnych ograniczeń i słabości nie musi być zresztą nieprzezwyciężalnej sprzeczności. Kłopot w tym, że za bardzo przywiązaliśmy się do takiego sposobu definiowania celów, w którym nie ma miejsca na wady i niedociągnięcia. Wywodzi się to zresztą z samego znaczenia słowa „perfekcyjny”, które pochodzi od łacińskiego perfectus i oznacza „doskonały”, „kompletny”, „pozbawiony wad”. Osobiście wolę greckie słowo teleiosis, które również znaczy „perfekcyjny” ale w odniesieniu do osób używa się go także w znaczeniu „dojrzały”, „w pełni dorosły”. A więc dla Greków ktoś, kto był perfekcyjny był równocześnie dojrzały, czyli gotowy do roli, jaką przyszło mu wypełniać. Taka osoba wie, co oznacza wypełniać swoją rolę kompletnie – w pełnym tego słowa znaczeniu. Niezależnie od tego, czy jest to rola pracownika czy szefa, rodzica małych dzieci czy dziecka starzejących się rodziców, osoby dającej czy przyjmującej miłość, obywatela, odpowiedzialnego członka swojej społeczności, sąsiada, przyjaciela, kolegi … również kogoś, kto praktykuje jogę. Taka osoba może się mylić, popełniać błędy, walić się na matę z hukiem przy kolejnej, nieudanej próbie zrobienia pincha mayurasany, ale nie oznacza to, że unieważnia tym samym swoją kompletność.
Pomiędzy dążeniem do perfekcji i akceptacją dla własnych ograniczeń może być bowiem specyficzny rodzaj dialogu czy interesującego napięcia. Bo chyba tak właśnie smakuje dojrzałość – jest słodka swoją kompletnością, ale jednocześnie wiąże się z odrobinę gorzką świadomością, że kompletność ta jest jej największym ograniczeniem. Akceptuje więc ten stan i nie walczy z nim bezrozumnie, nie przestaje jednak nieustannie cieszyć się jak dziecko z eksplorowania granic swojej kompletności.

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".