O czym warto myśleć?
22/02/2017
Pewien buddyjski mnich twierdzi, że wystarczy regularnie medytować o miłości, aby przepełniła nas nieograniczona miłość do ludzi i świata. „Dobra, dobra” – powie nasz wewnętrzny sceptyk – „jak się całe życie mieszka w klasztorze i kręci młynkiem, to łatwo. A w realnym świecie jest ból, gorycz i rozczarowania, są nieodwzajemnione uczucia, upierdliwi szefowie, głupi politycy, a także ciągły brak pieniędzy i czasu. Jak tu medytować o miłości?” Tyle tylko, że ten mnich nazywa się Matthieu Ricard, wychował się we Francji, a nie w klasztorze, nie kręci młynkiem, ale ma doktorat z genetyki molekularnej, a do tego nazywany jest (pewnie nieprzypadkowo) najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Może warto zatem, aby nasz wewnętrzny sceptyk na chwilę zamilkł i uznał, że może coś w tym jest. Choćby dla eksperymentu.
Bo byłby to eksperyment bardzo ciekawy. Za przekonaniem Matthieu Ricarda stoi bowiem założenie, że nasza świadomość (czy jak kto woli nasz mózg, układ nerwowy, itd.) jest elastyczna i poprzez regularną pracę (np. medytacje, skupienie uwagi) można ją w mniejszym lub większym zakresie kształtować. Kryje się w tym pewna obietnica. Jeżeli bowiem narzucimy naszemu umysłowi niewielką dyscyplinę i będziemy kierować myśli w kierunku rzeczy dobrych, pozytywnych i radosnych, odpłaci nam kreując w nas emocje dobre, pozytywne i radosne. Druga strona medalu już taka obiecująca nie jest. Jeśli bowiem skupienie naszej uwagi na miłości, może przepełniać nas miłością, może się okazać, że kierowanie uwagi w przeciwną stronę, także będzie miało swoje efekty. Aż strach pomyśleć, czym przepełniają się ci wszyscy, którzy rozpamiętują ciągle życiowe porażki, pielęgnują boleściwie zranione ego, przypominają sobie bez ustanku niezrealizowane marzenia, odgrzewają stare, zapiekłe złości – czyli, mówiąc krótko, uparcie celebrują ból istnienia.
A jeśli Matthieu Ricard się myli? Tego oczywiście wykluczyć nie można. Tyle tylko, że o czymś rozmyślać i tak zawsze będziemy, zaś czas, potrzebny do medytowania nad nieszczęściami jest chyba z grubsza podobny do tego, jaki trzeba poświęcić na medytację o miłości. Ryzyko więc duże nie jest, a potencjalne korzyści wydają się spore.
Może zatem warto poświęcić trochę czasu (np. po praktyce jogi, kiedy łatwiej się skupić), żeby usiąść sobie wygodnie, zamknąć oczy i kilka minut pomedytować o rzeczach miłych i dobrych? Może nawet warto spróbować z tą miłością? Na początek nie musi to być koniecznie miłość do całej ludzkości, bo może jeszcze przez chwilę poradzi sobie ona jakoś bez nas. Wystarczy skupić się na uczuciu do kogoś bliskiego: rodziców, dzieci, partnera czy partnerki – czyli do kogoś, kogo dobrze znamy i kogo kochamy. A nuż coś dobrego z tego eksperymentu wyjdzie? A jeśli dzięki temu staniemy się, może nie najszczęśliwszymi ludźmi świata, ale przynajmniej odrobinę bardziej zadowolonymi mieszkańcami Europy Środkowej? W najgorszym razie posiedzimy sobie wygodnie w cieple.

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".