Lekcja z przyszłości
6/12/2017
Przyjaciółka z czasów studiów zaproponowała mi wystąpienie podczas obchodów święta jednego z warszawskich liceów. Trochę się biję z myślami, bo niby, co ważnego mogę tym młodym ludziom mieć do powiedzenia. Moje licealne czasy to już zupełnie inna epoka, prawie jak plejstocen albo inna kreda, i czasem wolę nie pamiętać, co wtedy myślałem i robiłem. Nie było Internetu, a w kieszeni nosiłem monety na telefon, bo smartfonów też nie było, a telefon stacjonarny posiadali tylko niektórzy. Dzisiejsi licealiści mają większy dostęp do informacji niż ja na studiach i mam trochę wrażenie, że wszystko, co im mogę powiedzieć albo już sami doskonale wiedzą albo mogą sobie w kilka sekund wygooglać. Ale może jest jednak jedna obserwacja, którą mógłbym się podzielić.
Nie dotyczy ona bynajmniej tego, co w życiu jest najważniejsze, ani tego, że wystarczy tylko kochać. Pewnie zupełnie mnie jeszcze demencja nie dopadła, żeby szaty dostojnego nestora zakładać i perły mej „mądrości” młodzieży pod stopy rzucać. Nie mam zielonego pojęcia na czym to wszystko polega, dokąd świat zmierza i wystarczająco dużo głupstw narobiłem, abym teraz miał zajmować się doradztwem z cyklu „co zrobić z tak pięknie rozpoczętym życiem”. W tym względzie niewiele się od moich czasów licealnych zmieniło, można więc powiedzieć, że ciągle jestem młody duchem. Moja obserwacja może jednak się komuś przyda, bo dotyczy rzeczy całkiem praktycznej – a mianowicie ciała.
Nie, nie chodzi o to, żeby je czasem myć, itd. (choć pewnie to nie zaszkodzi). Chodzi o to, żeby to ciało w miarę dobrej formie jak najdłużej utrzymywać. Fakty bowiem są nieuchronne. Biorąc pod uwagę postęp medycyny, dzisiejsi licealiści będą bez specjalnej napinki żyli pewnie sto, a może i więcej lat. Oznacza to, że – chcąc nie chcąc – będą musieli w swoim ciele jeszcze sporo czasu spędzić i od tego, jak go dzisiaj traktują będzie w dużej mierze zależało, czy będzie to czas spędzony miło, czy raczej wręcz przeciwnie. A możecie mi, drodzy licealiści, wierzyć lub nie, ale to „wręcz przeciwnie” wcale nie jest „cool”. Można nawet powiedzieć, że jest zupełnie „nie-cool”
Sam miałem trochę szczęścia albo – jak kto woli – dobrą karmę, bo właściwie zawsze coś z moim ciałem mniej lub bardziej sensownego robiliśmy. A to graliśmy w siatkówkę, a to biegaliśmy i pływaliśmy. Potem przyszła fascynacja tenisem, dzięki której uganialiśmy się godzinami za małą żółtą piłeczką po korcie, przebijając ją na drugą stronę siatki – niekiedy o ten jeden raz więcej niż osoba po drugiej stronie, co niezwykle nas kręciło. W pewnym momencie odlecieliśmy na punkcie jogi, codziennie rano rozkładamy matę, jeździmy na jogiczne wakacje i zmieniliśmy dietę na wege. Dzięki temu wszystkiemu – a szczególnie dzięki jodze i zdrowej diecie – ja i moje ciało czujemy się całkiem nieźle, mamy energii chyba więcej niż w wieku licealnym i, poza okazjonalnym bólem istnienia, nie imają się nas żadne poważniejsze dolegliwości.
Tak się jednak złożyło, że miewam czasem okazję rozmawiać z osobami, które swoimi ciałami zajmowały się tak poważnie ostatnio na WFie (o ile nie miały zwolnienia), a potem uznały, że najwygodniej jest wszędzie przemieszczać się samochodem, jeść można wszystko, na co ma się akurat ochotę, zaś na wszelkie dolegliwości znajdzie się przecież zawsze jakaś tabletka. Osoby te są w różnym wieku. Czasem jesteśmy rówieśnikami, znajomymi ze szkoły lub studiów, niekiedy osoby te mają 5-10-15 lat więcej, zdarza się także, że są w wieku mocno senioralnym. Kiedy pytam je zwyczajowo „Co słychać?” lub „Jak zdrowie?” z reguły otrzymuję litanię najrozmaitszych przypadłości, które potem muszę wygooglać, listę narzekań na bóle, o których istnieniu nie miałem bladego pojęcia, oraz utyskiwania na temat tego, jak to okropnie jest się starzeć, że „dobrze to już było” i że czas już chyba poważnie zająć się umieraniem.
Mam więc dla was, drodzy licealiści, jedną ważną wiadomość. W przypadku waszego pokolenia będzie jeszcze gorzej. Po pierwsze, mało szkół ma teraz porządny WF, dzięki któremu – choć w niewielkim stopniu – wasze ciała mogą wyrobić sobie trwały nawyk aktywności fizycznej. Po drugie, w ostatnim 25-leciu dostępność śmieciowego jedzenia znacząco wzrosła, wasze ciała przyzwyczaiły się więc do jego pochłaniania i prędzej czy później trzeba będzie za to drogo zapłacić. Po trzecie, żeby zagrać w coś z waszym kolegą, odpalacie smartfona, zamiast przejść przez płot, wdrapać się na garaż, zeskoczyć z niego i przebiec szybko przez podwórko, żeby dozorczyni nie zauważyła. Mówiąc krótko – wy i wasze ciała macie pod górkę. Im szybciej zdacie sobie z tego sprawę, tym lepiej. W przeciwnym razie za jakiś czas czeka was wspaniały świat szpitalnych poczekalni oraz geriatrycznych poradni on-line, zaś wasze smarfony znakomicie sprawdzą się również do monitoringu ciśnienia, poziomu cukru we krwi oraz wyszukiwania adresów fizjoterapeutów. Żeby obrazowi temu dodać jeszcze bardziej ponury ton, warto także zdać sobie sprawę, że takich jak wy będzie całkiem sporo, więc system służby zdrowia i opieki nad starzejącym się społeczeństwem może po prostu nie wytrzymać obciążenia i na wszystkie te usługi będziecie musieli wydać całe swoje emerytury – tzn. o ile jeszcze wtedy emerytury będą.
Nie będę więc próbował mądrzyć się nad tym czy życie ma sens i na czym sens ten polega. Ale bardzo taktownie i nieśmiało zaproponuje wam, drodzy licealiści, żebyście już dzisiaj zadbali o swoje ciała, zmienili choćby trochę dietę, zaczęli regularnie spacerować, biegać, jeździć na rowerze, pływać. Polecam także jogę, choć się nie upieram. Róbcie to, co lubicie, żeby chociaż się trochę spocić, zmęczyć, porozciągać, powykręcać i poskakać. Kiedy ciało dobrze służy, łatwiej jest robić cokolwiek nam w duszy gra – zastanawiać się nad sensem życia i przyszłością świata, realizować marzenia o sławie, robić karierę i pieniądze, podróżować, doświadczać rozkoszy życia czy szukać prawdziwej duchowości. Oczywiście, zdrowe ciało nie da wam gwarancji, że uda to wam się osiągnąć. Ale z ciałem chorym, sztywnym i bolącym z pewnością będzie znacznie trudniej.

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".