Korpo-joga
31/10/2018
Podobno kiedyś, dawno temu, żył niezbyt rozgarnięty król Midas, który miał jedno wielkie marzenie. Chciał posiąść wszelkie bogactwa tego świata. Dionizos wysłuchał prośby Midasa i sprawił, że wszystko, co dotknął przemieniało się w złoto. Do Midasa podobne bywają współczesne korporacje. Rządzi nimi jedno marzenie – wzrostu, kumulowania bogactwa, pomnażania zysków. Nie jest to wcale zarzut. Nie jest to także pochwała. Choć jednym może się to akurat podobać, a inni będą to zażarcie krytykować. Po prostu taka już jest natura tego zwierzęcia.
Korporacje posiadają niezwykłą łatwość przemieniania w zysk wszystkiego, z czym mają kontakt. Mniej lub bardziej subtelnie wykorzystują naszą ambicję, energię i naturalną potrzebę współpracy w grupie do tego, żeby osiągać założone cele biznesowe, a właściwie aby je przekraczać, bo każdy kto pracował w korpo-świecie wie, że plan jest po to, aby go… przekraczać. Nasze marzenia o lepszym życiu dla nas i naszych dzieci, naszą chciwość oraz nasze prawdziwe lub urojone potrzeby świat korpo stara się zawłaszczyć do motywowania nas do jeszcze bardziej wydajnej pracy. Nasze obawy przed przyszłością, strach przed chorobą i śmiercią, realne lub tylko wyimaginowane poczucie braku bezpieczeństwa korporacyjny Midas próbuje przekuć w lojalność, nadgodziny, zarwane weekendy i regularne sprawdzanie maila podczas wyproszonych w poczuciu winy wakacji.
Oczywiście, nie zawsze to tak działa, nie każdy się temu poddaje i (szczęśliwie) nie każda korporacja jest stuprocentowym wcieleniem nierozgarniętego Midasa. Czasy się również zmieniają. Dzisiaj o wiele częściej niż 20 lat temu brutalny kapitalizm musi zakładać satynowe rękawiczki. Coraz więcej jest także chyba świadomych menadżerów i kapitalistów, którzy rozumieją, że konsumenci ich produktów oczekują nie tylko dobrej jakości i ceny, ale także odpowiedzialności za środowisko, warunki pracy i lokalną społeczność. Stąd wiele korporacji (szczególnie w świecie zachodnim) angażuje się w rozmaite przedsięwzięcia charytatywne, inwestuje w programy ochrony środowiska i stara się zapewniać coraz lepsze warunki pracy. Niektóre organizują nawet zajęcia jogi lub kursy mindfulness.
Na pierwszy rzut oka to, że jakaś firma funduje pracownikom jogę lub mindfulness powinno napawać nadzieją. Wygląda to trochę tak, jakby ktoś zrozumiał, że pracownicy są żywymi, myślącymi i czującymi organizmami i potrzebują czasem wstać od komputera, trochę się poruszać, uspokoić rozbiegane myśli i oderwać się od bieżących wydarzeń, aby skupić się na czymś innym, niezwiązanym z pracą, bardziej trwałym i ważniejszym. Organizowanie zajęć jogi w korporacjach ma także inne, niewątpliwe zalety. Pomaga w popularyzacji jogi pośród osób, które (być może) na co dzień niespecjalnie mają potrzebę fizycznej aktywności oraz nawyki medytacyjnych praktyk. Dzięki zajęciom w korporacjach mogą dorobić sobie również nauczyciele jogi i mindfulness, którzy w końcu z reguły zarabiają nieco gorzej niż menadżerowie.
Oczywiście kluczowe zawsze pozostaje pytanie o intencje przyświecające wprowadzaniu jogi do korpo-świata. Niektórzy mogą twierdzić, że w sposobie funkcjonowania – czy, jak kto woli, w genotypie – każdej korporacji jest coś, co powoduje, że niezwykle łatwo zmienia w brzęczącą monetę najszczytniejsze nawet inicjatywy. Jeśli tak jest, korpo-joga byłaby jedynie próbą instrumentalizacji jogi – czyli wykorzystania jej do wzrostu wydajności pracy, zwiększenia lojalności pracowników do firmy, pobudzenia kreatywność zatrudnionych osób czy choćby wygenerowania lepszego PR. Na początku naszego wieku Jeremy Carrette and Richard King opublikowali książkę „Selling Spirituality”, w której twierdzą, że z punktu widzenia współczesnej firmy joga i zajęcia z mindfulness są w istocie narzędziem, które w połączeniu z komercjalizacją i neoliberalnym stylem myślenia mają nas po prostu nakłonić do jeszcze lepszej pracy. Zgodnie z takim rozumowaniem, rozciągamy się na jodze w przerwie na lunch, medytujemy podczas przerwy na kawę, ale robimy to w ramach korporacji tylko dlatego, że zdrowy, silny, wypoczęty i psychicznie odprężony pracownik jest bardziej wydajny. Niezbyt to optymistyczna wizja świata, w którym praktyki pomyślane jako narzędzie bezinteresownego samodoskonalenia oraz poszukiwania lepszego kontaktu z samym sobą zmieniają się w element systemu motywacyjnego, który potem w rocznym raporcie HR prezentuje obok takich inicjatyw, jak team-buildingowy wyjazd do SPA, impreza świąteczno-noworoczna i wstawienie stołu do ping-ponga na korytarzu biura.
Czy powinniśmy się zatem niepokoić, kiedy słyszymy o zajęciach jogi w korporacjach? Król Midas na spełnieniu swoje prośby dobrze nie wyszedł. Nie dość, że chodził ciągle głodny (złotego kotleta zjeść się jednak nie da), to jeszcze nieopatrznie dotknął swojej córki, która natychmiast zmieniła się w złoty posąg. W rezultacie Midas musiał prosić Dionizosa, aby dar (a może przekleństwo) przemieniania otaczającego go świata w złoto cofnął. Wydaje się, że także biznes jogi w instrument wzrostu wydajności raczej nie przemieni. Tym bardziej, że joga nigdy mainstreamowa nie była. W końcu nawet w czasach Patañjālego praktyka jogi była propozycją skierowaną do bramińskiej elity. Kiedy zaś zaczęto ją praktykować nieco szerzej, nie była ofertą dla każdego i wiązała się ze stosowaniem dosyć rygorystycznego praktyk. Również i dzisiaj prawdziwa praktyka jogi zawiera w sobie nie tylko element fizycznego wysiłku, ale także wiąże się np. z wcale nie najpopularniejszymi wyborami dotyczącymi sposobu życia, myślenia, odżywiania i spędzania wolnego czasu. Pewnie więc trudno będzie korporacjom wtłoczyć jogę w system motywacyjny pracowników.
Joga bywa także niepokorna. Niesie w sobie ogromny potencjał zmiany. Nie daje się więc tak łatwo zinstrumentalizować. Pracownik, który poszedł na jogę w ramach korpo-bonusu czy został wysłany na kurs mindfulness może nagle dojść do wniosku, że przekraczanie planu za wszelką cenę wcale nie przysparza mu szczęścia, nie zwiększa poczucia samospełnienia i nie nadaje sensu jego życiu. Ktoś, kto poczuł radosną stabilność, lekkość i spokój asany, może nie chcieć dać się ponownie zamknąć w korporacyjnym boksie, żeby godzinami robić wykresy w Excelu czy prezentacje w PowerPoint. Praktyka jogi lub medytacji może również zmienić spojrzenie na sam biznes i relacje z ludźmi w nim pracującymi. Może np. poddać pod wątpliwość przekonanie, że biznes to gra sumie zerowej, w której, aby ktoś wygrał, ktoś musi przegrać. Także rozbudzona, niepokorna kreatywność, umiejętność kwestionowania zastanej rzeczywistości i zadawania pytań nie koniecznie musi przełożyć się na wzrost wydajności pracy i większą konkurencyjność firmy. Zwłaszcza, jeśli sama korporacja nie jest gotowa takiej przemiany swoich pracowników zaakceptować i dostosować do niej swój model funkcjonowania.
Joga jest z natury swojej niszowa. Często przyciąga, a czasem nawet kreuje buntowników, odmieńców, ludzi poszukujących. Jeśli korpo-świat to wytrzyma, to dobrze dla niego i jego otoczenia. Współczesny kapitalizm pewnie skorzystałby na tym, gdyby budowało go trochę więcej buntowników, freaków i ludzi obdarzonych odrobinę większą empatią. Jeśli natomiast nie … joga sobie poradzi, a korporacje wrócą do sprawdzonych metod – wstawią stół do ping-ponga na korytarzu i będą organizować wyjazdy integracyjno-motywacyjne do SPA.

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".