Koniec świata Ardżuny
19/07/2017
Trochę się wokół zakotłowało. Na świecie i na naszym, krajowym podwórku. A może kotłowało się zawsze, tylko odwracałem oczy, a teraz – kiedy zaczyna mnie to coraz bardziej dotyczyć – dostrzegam, że świat traci resztki rozumu? Tak czy owak widzę, że się kotłuje, próbuję nawet od czasu do czasu wyjść z bezpiecznego azylu maty do jogi i coś z tym zrobić. Chodzę na przykład na rozmaite demonstracje. Czy to jogiczne? Nie wiem. Jeżeli jogin ma być siedzącym w jaskini ascetą, odciętym od świata, konsumującym z rzadka korzonki i nieustannie łączącym się Absolutem, to pewnie nie. Ale joga – przynajmniej ta, którą ja praktykuję – nie wymaga odizolowania się od świata. Przeciwnie, jest to joga dla osób żyjących w rodzinie, w społeczeństwie, w świecie – także takim, który z niezrozumiałych dla mnie do końca przyczyn postanowił właśnie stanąć na skaju czeluści i radośnie rozważa, czy tanecznym krokiem nie ruszyć do przodu.
Ale może to nic nowego. Może od wieków balansujemy na granicy przepaści i tylko od czasu do czasu ogarnia nas olśnienie, że świat, który znaliśmy za chwilę nieodwołalnie się kończy? W pierwszej scenie Bhagawadgity olśnienie takie przydarza się Ardżunie i choć epos ten powstawał w okolicach III w p.n.e. historia wydaje się dziwnie aktualna.
Ardżuna był wielkim wojownikiem, który wyjechał na inspekcję wojsk przed słynną bitwą na polu Kurukszetra. Kiedy tak jechał rydwanem pomiędzy wrogimi armiami i przyglądał się parującym testosteronem wojownikom, ogarnęła go fala zwątpienia i rozpaczy. Nakazał woźnicy zatrzymać rydwan i odłożył na bok swój morderczy łuk. Zdał sobie bowiem nagle sprawę, że na jego oczach coś się właśnie kończy. Zrozumiał, że za chwilę rozpocznie się wielka bitwa i w zależności od jej wyniku rządzić będzie albo prawowity władca i jego ród albo uzurpator i jego klan. Problem tylko w tym, że po obu stronach znajdowały się nie jakieś anonimowe osoby, ale jego krewni, przyjaciele, towarzysze zabaw z dzieciństwa. Prawowity władca, po stronie którego się opowiedział był jego bratem, ale po stronie uzurpatora stanął jego ukochany nauczyciel.
Jeśli Adżruna weźmie w dłonie swój niechybiający celu łuk, jego strzały będą zabijać ludzi, których zna, ojców dzieci, mężów czekających, zrozpaczonych kobiet. Jeśli nie zrobi nic, będzie musiał bezradnie przyglądać się rzezi swoich krewnych i przyjaciół, na których w domach również przecież czekają bliscy. W dodatku, jeśli pozostanie bezczynny, prawowity władca może nie odzyskać tronu, zapanuje uzurpator i w gruzy runie cały dotychczasowy porządek świata. Ardźuna jednak nie wie, co robić. Jego życie miało sens i urok, jakiś wewnętrzny ład. A teraz zaczyna zdawać sobie sprawę, że to wszystko było tylko przyjemnym złudzeniem, że żył w przezroczystej bańce, która właśnie zaczyna pękać. Niezależnie o tego, co zrobi lub czego zaniecha, świat nie będzie już taki sam, jak kiedyś. Z takiej sytuacji nie ma dobrego wyjścia. Na szczęście woźnicą rydwanu Ardżuny okazuje się sam Kriszna. Dzięki czemu możemy być świadkiem jednej z najbardziej fascynujących rozmów o sensie życia, powinności człowieka, znaczeniu ofiary, celowości wyrzeczenia, naturze wszechświata, wierze, mistycyzmie, Bogu i jodze.
Nie porównuję się w żadnym razie Ardżuny. Nie jestem z natury wojownikiem, nie pochodzę z królewskiego rodu, a jeśli korzystam z usług transportowych, mam okazję rozmawiać jedynie z kierowcami taksówek, których poglądy na sens życia należą z reguły do dosyć uproszczonych. Czasy również są trochę inne. Nasze wybory nie są – być może – aż tak dramatyczne i nie uczestniczymy w krwawych bitwach (i oby tak zostało). Jednak bardzo rzadko mamy luksus wybierania między prawdą a fałszem, dobrem a złem. Musimy lawirować między różnymi odcieniami szarości, aby mierzyć się potem z nie do końca niejasnymi moralnie konsekwencjami naszych wyborów. Często, jak Ardżuna, mamy ochotę zejść z rydwanu, by poddać się zwątpieniu i bezczynności. Ale czy to dobre wyjście, skoro nasz świat zapragnął nagle pląsać na skraju przepaści?

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".