Joga w czasach Facebooka
16/05/2018
Ciągle biegniemy i za czymś gonimy. Szczególnie w tym momencie historii, gdy wszystko jest takie instant, że wydaje się mieć krytyczne znaczenie. Żeby z tą lawiną wydarzeń i informacji jakoś sobie poradzić, staramy się stworzyć sobie wrażenie, że ciągle jakoś rzeczywistość kontrolujemy. Fragmentujemy więc naszą uwagę, aby być ze wszystkim na bieżąco, niezależnie od tego, czy ma to znaczenie czy nie. Nasz ogląd rzeczywistości zaczyna trochę przypominać świat Facebooka, Instagrama czy Snapchata. Wszystko dzieje się naraz, jest ulotne i ważne. Wszystko budzi nasze reakcje, uaktywnia najrozmaitsze skojarzania, odmraża wspomnienia. Nasza rozpiętość uwagi staje się coraz węższa, długie teksty czy rozmowy nas nużą, brak bodźców irytuje i stwarza wrażenie pustki czy nawet syndromu odstawienia. Przy tego typu nawykach praktyka jogi staje się czasem wyzwaniem, ale jednocześnie może być swoistą formą odtrutki na facebookową rzeczywistość.
Nie można oczywiście Facebooka czy innym mediów społecznościowych demonizować. Mogą być one przydatnym narzędziem komunikacji i wielu osobom lub (szczególnie małym) firmom czy instytucjom ułatwiają funkcjonowanie. Na demonizowanie Zuckerberg zresztą nie zasługuje. Na przesłuchaniu w Kongresie USA sprawiał wrażenie nie demona, ale nieco zagubionego, pozbawionego empatii i inteligencji emocjonalnej technokraty. (Inna sprawa, że jeśli kiedyś ktoś rozwali ten nasz najpiękniejszy ze światów, będzie to zapewne właśnie taki technokrata, a nie demoniczny Ernst Stavro Blofeld.) Facebook jednak został tak pomyślany, żeby naszą uwagę przyciągać i fragmentować. W tym sensie symbolizuje znakomicie świat, który nas otacza.
Sam sposób promowania jednych i niepromowania (a może penalizowania) innych postów przez facebookowy algorytm daje sporo do myślenia. Program premiuje z reguły tych wszystkich, którzy umieszczają częste, ale krótkie wpisy. Wpisom powinny towarzyszyć jakieś, najlepiej atrakcyjne zdjęcia lub jeszcze lepiej filmiki, bo wówczas mogą liczyć na większą liczbę reakcji czytelników, a w rezultacie większą liczbę wyświetleń. Co więcej, wprowadzone ostatnio w algorytmie zmiany podobno celowo ograniczają widoczność postów z linkami do innych stron, bo Facebook zazdrosny jest i nie chce żebyśmy opuszczali jego świat i przenosili się do innych.
Można powiedzieć, że Facebook i jemu podobne serwisy stały się perfekcyjnym ucieleśnieniem tego co w swoim słynnym cytacie Patandżali nazywał poruszeniami świadomości (citta vritti). Zdaniem autora Joga Sutr, praktyka jogi ma tego typu poruszenie niwelować. Celem Facebooka natomiast jest poruszenia te powodować i wzmacniać. Co więcej facebookowy algorytm robi to właściwe dokładnie tak, jak opisuje to Patandżali. Gdyby nie pozbawiony emocji wzrok Zuckerberga, można by pomyśleć, że przeczytał uważnie Joga Sutry i diabolicznie postanowił na nich oprzeć działanie swego serwisu.
Pierwszym typem citta vritti jest pramana – czyli prawdziwa informacja (wiedza). Mogłoby się wydawać, że w publikowaniu prawdziwych informacji nie ma nic zdrożnego. Problem tylko w tym, że ilość prawdziwych informacji, jakimi jesteśmy w każdej chwili zalewani jest tak duża, że przekracza możliwości percepcji najinteligentniejszego nawet człowieka. Tym bardziej, że świat, który informacje te opisują jest bardzo skomplikowany i trudny do zrozumienia bez odpowiedniej wiedzy czy choćby zadania sobie trudu głębszego wejścia w dany temat. W efekcie albo ślizgamy się między tematami bez ich zrozumienia albo wyrabiamy sobie uproszczone (często fałszywe) sądy na postawie szczątkowych danych, błędnych intuicji czy głęboko tkwiących w nas uprzedzeń.
Drugi rodzaj citta vritti, który wydaje się stawać coraz bardziej specjalizacją Facebooka, jest viparyaya – czyli informacja błędna, nazywana wdzięcznie z angielska fake newsem. Tu właściwie przykładów nie trzeba nawet podawać, bo roi się od nich w świecie polityki, biznesu i kultury. Jak zauważył Ralph Keyes, żyjemy w istocie w epoce post-prawdy, gdzie każdy może napisać dowolną rzecz, a z racji ilość zalewających nas informacji, trudno wszystkie je weryfikować i prostować.
Innym typem citta vritti, który znakomicie rozkwita na facebookowej glebie jest vikalpa – czyli nasze wyobrażenia o rzeczywistości. W końcu ogromna część wpisów i zdjęć na serwisie pokazuje odrealniony świat, wiecznie uśmiechniętych ludzi, spędzających swój czas w pięknym otoczeniu. Strony poświęcone jodze nie są zresztą wcale lepsze, bo wprost epatują obrazami młodych, silnych smukłych i pięknych ludzi powykręcanych w pozycjach niedostępnych zwykłemu śmiertelnikowi, a w dodatku wykonujących swoje wygibasy w bajkowych sceneriach, bez kropelki potu i w najmodniejszych strojach. Naszą wyobraźnię na Facebooku uruchamiają także nieustannie reklamy, które w prosty sposób tłumaczą nam, jak szybko i bez wysiłku być zdrowym, bogatym i szczęśliwym.
Ciekawą funkcjonalnością facebookowej maszyny jest przypominanie nam o naszych postach z przeszłości. Uruchamiają one nasze myślenie o tym, co było, budzą wspomnienia o odbytych podróżach, spotkaniach, ludziach, z którymi spędzaliśmy czas, sukcesach i porażkach. Funkcjonalność ta pasuje do kolejnego citta vritti o nazwie smriti, które oznacza pamięć, czy wspomnienia o rzeczach przeszłych. Smriti nieuchronnie odrywa nas od teraźniejszości i powoduje, że zanurzamy się w przeszłości, szukając w niej pocieszenia lub zmagając się z jej ciemnymi stronami.
Na nasze szczęście obecnie dostępna technologia nie jest wystarczająco zaawansowana, abyśmy byli wystawieni na wpływ Facebooka podczas snu. Sen czy marzenia senne (nidra) są bowiem ostatnim typem citta vritti, o którym pisze Patandżali. Nie należy jednak popadać w przesadny optymizm, bo wiele osób tuż przed pójściem spać poświęca kilka cennych minut swojego życia na sprawdzenie postów znajomych lub zamieszczanie własnych. Kto wie czy tak pobudzona świadomość nie jest stymulowana w jakiś określony sposób podczas snu?
Nasze citta vritti – niezależnie od ich rodzaju – mają jeden prosty skutek. Odciągają nas od bycia twarzą w twarz z naszym TERAZ. Niewielu z nas posiada umiejętność pozostawania z samym sobą bez jakichkolwiek zewnętrznych czy wewnętrznych zakłóceń. Chętnie uciekamy właśnie w przeglądnie postów na Facebooku czy obrazków na Instagramie. Chowamy się w gąszczu niepotrzebnych doznań, banalnych spotkań i płytkich rozmów. Szukamy ucieczki w wyobraźni, używkach, kompulsywnie uprawianych sportach i wirtualnej rzeczywistości. Ile razy w ciągu tygodnia znajdujemy choćby kilka minut, żeby z pełną uwagą i skupieniem pobyć z samym sobą – bez planów i zobowiązań?
Praktyka jogi natomiast jest w TERAZ zakorzeniona. Asana powstaje dokładnie w tym momencie kiedy wyłania się z naszego ciała. Tak przynajmniej powinna być wykonywana. Asana jest bytem samoistnym – nie wynika z innych i do innych nie prowadzi. Żadna, nawet na danym etapie najprostsza, asana nie jest przerywnikiem, intermezzo, czekadełkiem przed inną, ważniejszą i bardziej wyzywającą asaną. Kiedy ją wykonujemy nie myślimy sobie: „No, dobrze teraz ta, a potem jeszcze trzy i będzie koniec”. Kiedy jesteśmy w asanie, jesteśmy w niej nie po to, żeby zebrać siły przed następną czy odpocząć po poprzedniej. Kiedy wchodzimy w asanę, robimy to tak, jakby miało to być po raz ostatni, jakbyśmy chcieli się dobrze i czule z nią pożegnać. Zresztą, biorąc pod uwagę kruchość naszego ciała czy ulotność naszego życia, nigdy nie możemy wykluczyć, że tak właśnie jest w istocie.
W tym sensie prawidłowa, pełna skupienia praktyka asan jest kluczem do innych członów jogi oraz rzadką okazją kontaktu z sobą samym w teraźniejszości. Jest także rodzajem detoksu, oczyszczającego naszą świadomość ze złogów przeszłych traum i przyszłych lęków oraz całej góry śmieci powstałej z zupełnie niepotrzebnych bodźców, informacji, obrazów i postrzępionych myśli. Praktyka jogi pozwala zakosztować rzadkiego smaku. Smak ten w naszej kulturze jest wręcz luksusem, na który niewielu sobie pozwala, który został prawie zapomniany, bo przytłumiony przez inne doznania. Ten rzadki smak to smak teraźniejszości. Zuckerberg powinien bardziej obawiać się jogi niż przesłuchań w Kongresie.

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".