Joga oceaniczna
9/01/2019
Ocean jest dobrym nauczycielem. Nie dlatego, że można wejść do wody albo rozciągnąć się na gorącym piasku i wygrzewać w słońcu, choć trzeba przyznać, że i ten element ma swoje niewątpliwe uroki. Kiedy wchodzi się do oceanu na samym początku jest stosunkowo spokojnie i przewidywalnie. Ciepłe fale oblewają stopy, a miękki piasek masuje ich podeszwy. Po kilku krokach zaczynają się jednak niespodzianki. Zdawać by się mogło niepozorna fala nagle nabiera impetu, wypiętrza się niespodziewanie i zaskakująco mocno uderza. Czasem na tyle mocno, że trudno utrzymać się na nogach.
Ludzie radzą sobie różnie z tym oceanicznym impetem. Jedni przyjmują strategię „Na siłę odpowiedz siłą”. Szeroko stają więc na nogach, zapierają się stopami w piasek, napinają klatę. Czasem strategia taka się udaje. Człowiek triumfuje nad żywiołem – pokazał moc i utrzymał się na nogach. Kłopot tylko w tym, że ciężko przewidzieć kiedy uderzy następna fala i jaką będzie miała moc. Czasem zupełnie przeciętny wzgórek na wodzie urasta w oka mgnieniu do gigantycznych rozmiarów. Innymi razem wielki wodny bałwan rozpuszcza się z głośnym sykiem, pieniąc się na biało, ale siły w tej syczącej pianie jest już niewiele. Niekiedy fala przychodzi frontalnie, czasem trochę z ukosa. Gdyby spróbować matematycznie wyliczyć jaka będzie i skąd przyjdzie ta kolejna fala, pewnie nie starczyłoby mocy obliczeniowej komputerów. Za dużo zmiennych, zbyt wiele nieprzewidywalnych, za duża obfitość nieuchwytnych. Ot, żywioł w czystej postaci. Pewnie dlatego strategia siłowa często się nie sprawdza i prędzej czy później fala zmiata nas z nóg.
Druga strategia radzenia sobie z oceanem jest ciekawsza. Jest to strategia poddania się, zawierzenia fali, rozluźnienia. Kładziemy się po prostu na wodzie na plecach, zwalniamy napięcie w mięśniach i unosimy się w słonej wodzie jak korek. Wówczas nawet najbardziej nieoczekiwana fala staje się nie tyle taranem, co bujającym nas hamakiem. Jesteśmy raz wyżej raz niżej, pulsując rytmem oceanu. Co intrygujące, wówczas nasze skóra przestaje być barierą odgradzającą nas od otaczającego świata, a staje się łącznikiem z naturą. Czujemy nią każde zawirowanie wody, każdą jej kapryśną zmienność. Stajemy się trochę częścią oceanu – tak, jakbyśmy wracali do naszych pierwotnych korzeni, kiedy całe życie nie zdążyło jeszcze wypełznąć na ląd. Strategia ta nie zwalnia, oczywiście z pewnej czujności. Fale bywają kapryśne, warto więc czasem sprawdzić, gdzie nas poniosły, czy mamy jeszcze grunt pod stopami, czy nie jesteśmy za daleko lub za blisko brzegu. W końcu żywioł to żywioł i trzeba go traktować z należnym respektem.
Oceaniczne nauki dają się całkiem nieźle przenieść na matę. W tym przypadku metoda siłowa też niespecjalnie się sprawdza. W niektóre pozycje łatwiej wchodzi się rozluźniając ciało i dając się unosić falowaniu głębokiego oddechu. Poddane się rytmowi praktyki i zawierzenie mądrości sekwencji stwarza także wrażenie połączenia. Trochę tak jakbyśmy nie my praktykowali jogę, ale ona działa się poprzez nasze ciało. Oczywiście, trzeba zachować czujność i być obecnym w praktyce. Zawsze mogą przecież zdarzyć się jakieś niespodzianki. W końcu żywioł to żywioł.

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".