Joga na Walentynki
14/02/2018
Joga jest cierpliwa. Doskonale znosi różne mody, wpasowuje się w najnowsze trendy, dostosowuje się do naszych potrzeb i nawyków. Walentynki na przykład jogę zagospodarowały znakomicie. Jest już z tej okazji joga w parach, są także specjalne, walentynkowe zniżki na zajęcia jogi, zaś w Internecie roi się od tekstów typu: „10 asan na jeszcze lepszy seks”. Widziałem nawet niedawno ogłoszenie, które proponowało specjalny pakiet dla dwojga z okazji święta zakochanych. Pakiet obejmował wspólną sesję jogi z doświadczonymi nauczycielami (nie było do końca jasne w czym są doświadczeni), potem zmysłowy masaż na cztery ręce (nie wiadomo, czy z tymi samymi nauczycielami), a następnie voucher na kolację w „Ananda Bistro”, skomponowaną z najrozmaitszych afrodyzjaków (np. ostrygi, awokado, truskawki, szparagi, czekolada, czerwone wino). Czytając takie ogłoszenie można było odnieść wrażenie, że tak naprawdę w jodze głównie chodzi o to, żeby skutecznie z kimś wylądować w łóżku, zaś te wszystkie Jogasutry, Upaniszady czy inne tam Bhagawadgity to takie manuale poświęcone temu, jak mieć najwięcej megaorgazmów.
Oczywiście, praktykowanie jogi może mieć na seks wpływ pozytywny. Jeśli ktoś przez całe życie się specjalnie nie ruszał, objadał się byle czym, gustował w najrozmaitszych używkach i prowadził nieregularny tryb życia, trochę fizycznego wysiłku, połączonego z dobrą dietą i zdrowym stylem życia z pewnością pomoże, nie tylko na seks zresztą. Niektóre asany mogą również faktycznie korzystnie wpływać na lepsze funkcjonowanie organów wewnętrznych, w tym tych, które mają znaczenie dla udanego życia seksualnego. Praktyka jogi uczy także lepszego kontaktu z ciałem, umiejętności jego obserwowania i skupienia się na zachodzących w nim doznaniach, co może pomóc w lepszym przeżywaniu aktu miłosnego. Jeśli więc ktoś mówi czy pisze, że dzięki jodze polepszyło się jego/jej życie seksualne, może to być oparte na osobistym doświadczeniu, a nie jest powodowane jedynie siłą rażenia reklam czy artykułów na lifestylowych portalach.
Joga także ma związek z miłością, choć pewnie nie jest to do końca potocznie rozumiana miłość walentykowa. Rozdział XII Bhagawadgity traktuje w końcu o znaczeniu bhakti jogi – czyli jogi miłości – i nadaje jej status równoprawny z innymi drogami dostępnymi człowiekowi, żyjącemu w ramach społeczeństwa. Mówiąc o bhakti jodze, Bhagawadgita propaguje jednak miłość do istoty wyższej (jakkolwiek ją rozumiemy), czegoś ponad nami, co było przed nami i będzie po nas. Miłość taka jest więc bardziej związana z pełnym oddaniem, zaufaniem czy zawierzeniem, które (choć to smutne) niekoniecznie współgrają ze współczesnym rozumieniem tego słowa. Chyba, że – idąc za nauczaniem Adi Śankary – uznamy, że każdy z nas (podobnie jak inne świadome istoty) jest tylko emanacją jedynie realnie istniejącej świadomości, zaś poczucie naszego wyobcowania ze świata i nasza indywidualność to jedynie złudzenia. Wówczas praktyka bhakti jest czymś naturalnym, bo miłość do innych i miłość do samego siebie są właściwie tym samym, podobnie jak oddanie i zawierzenie innym tożsame są z oddaniem i zawierzeniem samemu sobie. Może zresztą nie byłoby najgorzej gdybyśmy taki sposób myślenia o miłości spróbowali jakoś zaadaptować do naszej rzeczywistości i – nie tylko z okazji Walentynek – poszukali w innych osobach tej wspólnej nam wszystkim „iskry boskości”, aby otoczyć ją należnym szacunkiem, podziwem i oddaniem?
Nie chcę bynajmniej uchodzić za świętoszka czy ascetę, co to nigdy szparagów nie kosztował, za czekoladą się nie obejrzał, a na widok kieliszka czerwonego wina przechodzi na drugą stronę ulicy. Więcej nawet – uważam, że otwarta i pozbawiona zakłamania afirmacja naszej seksualności jest ważna. Seksualność to w końcu jeden z aspektów naszego człowieczeństwa, a przyszło nam żyć w świecie pod tym względem mocno zakłamanym, goniącym za (czasem) dziwacznymi mitami lub tworzącym najrozmaitsze restrykcje, których celem jest nie tyle dążenie do dobra człowieka, co uzyskanie nad nim władzy. Dlatego doceniam pracę edukatorów seksualnych, popularyzatorów wiedzy o seksualności człowieka czy terapeutów. Choć oczywiście niepokoi mnie, gdy niektórzy decydują się orientalne kostiumy zakładać, by klientom jogiczno-miłosne pakiety jak najdrożej sprzedać. Tak długo jednak, jak niczyjej krzywdy w tym nie ma i komuś to autentycznie pomaga, nie ma specjalnie sensu się nad tym rozwodzić.
Mam także głębokie przeświadczenie, że joga sobie z Walentynkami doskonale poradzi. Tak jak poradziła sobie z tym, że jakiś producent laptopów nazwał jeden ze swoich modeli YOGA, czy jak pewnie dałaby sobie radę z tym, że w supermarketach, obok czekoladowych Mikołajów i wielkanocnych króliczków, pojawiłyby się czekoladowe joginki. Joga jest bowiem praktyką, która ma dziwną moc i potrafi zupełnie nieoczekiwanie zmieniać ludzi. Może się nawet okazać, że ktoś, kto skuszony walentynkowym pakietem, zdecyduje się po raz pierwszy w życiu jogi spróbować, zacznie potem regularnie na zajęcia chodzić i dzięki temu odnajdzie zupełnie inny niż dotąd wymiar rozkoszy – nie tylko tej związanej z seksem.
Walentyjogini i walentyjoginki powinni jednak pamiętać o jednym. Przed namiętnym, wieczornym tête-à-tête praktyka jogi jest jeszcze OK, masażu po praktyce też można spróbować (choć pewnie wiele od rodzaju masażu zależy), ale jeśli o obfitą, zakrapianą winem, kolację chodzi, to już lepiej zachować ostrożność. Może się bowiem okazać, że zmęczeni jogą, rozleniwieni masażem, przejedzeni afrodyzjakami i oszołomieni winem, zamiast doświadczyć ognistych miłosnych uniesień zaśniecie w łóżku, jak dzieci. Choć w sumie – raz do roku z okazji Walentynek – w tym także nic aż tak strasznego nie ma.

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".