Jak być zadowolonym?
18/01/2017
„A może mogę zaproponować rogalik w zestawie dwa złote taniej?”, „A może spróbuje pan naszej nowej kawy z kawałkami ciasteczek i syropem z mango?” Tego typu propozycje osaczają ze wszystkich stron. Niby dobrze. Czasem fajnie mieć większy wybór i lepszą cenę. Nowy smak kawy, dodatkowe funkcje telefonu, dwa w jednym, a przy zakupie trzech – czwarty gratis. Trudno także gniewać się na sprzedawców i sprzedawczynie. Firma przeszkoliła, dała targety, więc wymaga.
W tej krainie nadmiernej obfitości coś jednak czasem zgrzyta. Dlaczego mam być bardziej zadowolony, jeśli dokupię do kawy dodatkowe espresso? Czy mój poziom szczęścia faktycznie wrośnie, jeśli zjem tego nieszczęsnego rogalika z nadzieniem malinowym w zestawie? Ile jeszcze funkcjonalności potrzebuje mój telefon, żeby poczuć się w pełni zadowolonym, dorosłym telefonem? Po co mi trzy i czwarty gratis, jeśli przyszedłem, żeby kupić tylko jeden? I po jaką cholerę do kawy walić górę bitej śmietany, sypać na nią pokruszone ciasteczka i polewać to wszystko odrażająco słodkim syropem? „A czy mogę poprosić to, co zamówiłem?” – pytam czasem nieśmiało, z coraz mniejszą wiarą, że ktoś zrozumie moją niezwyczajną tęsknotę za zwyczajnością.
Nad naszą globalną wioską dumnie łopocze sztandar nienasycenia. Ma być więcej, lepiej, nowocześniej. Coraz trudniej kupić coś małego, ale coś, czego rzeczywiście potrzebujemy. Bycie w pełni zadowolonym z tego, co jest zaczyna być wstydliwe – jak jakaś dziwna wysypka na plecach, o której nie mówi się głośno w towarzystwie. Imprezy muszą być tylko odlotowe, sprzęt oczywiście wypasiony, wakacje jedynie superowe, przeżycia obowiązkowo wystrzałowe, a samo życie… wiadomo, ono musi być zarąbiste. Dla gospodarki to chyba nawet dobrze. Ludzie pracują 12 godzin dziennie, żeby mieć więcej pieniędzy, aby w zakupach topić rosnące poczucie nienasycenia. A potem włączają sobie bajerancki sprzęt najnowszej generacji, żeby posłuchać „I can’t get no satisfaction”.
I jak mam teraz wytłumaczyć, że od ładnych paru lat codziennie wchodzę na tę samą, wytartą matę i zaczynam od tych samych powitań słońca, a potem praktykuję dosyć sztywno określoną sekwencję ciągle tych samych asan? „Tak codziennie, to samo? Nie nudzi ci się?” – słyszę czasami. A ja czasami nie mam najmniejszej ochoty zmieniać, ani urozmaicać. Nie muszę również do praktyki puścić najnowszej ścieżki z muzyką medytacyjną prosto z aszramu w Himalajach ani zapalić świecy zapachowej firmy „Shakti Bliss”. Nie mam najmniejszej ochoty wypróbować, najnowszych skarpetek do jogi marki „Samadhi”. I nawet przez myśl mi nie przejdzie, żeby od czasu do czasu popraktykować jogę w basenie wypełnionym ciepłym olejem kokosowym w słynnym kalifornijskim studio „Coconut Yoga”. Tak jak jest czasem jest wystarczająco dobrze, czy jak kto woli zarąbiście.
————
PS Wszelkie podobieństwo użytych tekście przykładów do występujących na rynku ofert jest oczywiście niezamierzone. Według mojej wiedzy nie ma również na rynku skarpetek do jogi marki „Samadhi” ani świec zapachowy produkowanych przez „Shakti Bliss”, zaś w Kalifornii nie ma studia proponującego zajęcia w basenie wypełnionym ciepłym olejem kokosowym. Jeszcze nie ma…

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".