Ile jest jogi w jogach?
28/06/2017
W ostatnią niedzielę byłem na wielkim pikniku z okazji Międzynarodowego Dnia Jogi. Impreza była znakomita i doskonale zorganizowana, więc sporo się działo. Kiedy jednak przyglądałem się obfitości różnych jogicznych propozycji, szkół i metod różne myśli zaczęły przychodzić mi do głowy – czasem bezsensowne, ale czasem także intrygujące. Dlatego dzisiaj – uprzedzam lojalnie – będzie trochę filozoficznie. Kto nie lubi, proszony jest zatem o wyłącznie odbiornika lub zmianę kanału.
Swami Kripalu powiedział kiedyś, że na szczyt góry prowadzi wiele ścieżek, ale góra jest tylko jedna. Trochę podobnie Richard Freeman napisał kiedyś, że płyn przyjmuje kształt naczynia, do którego jest wlewany, ale ciągle przecież pozostaje tym samym płynem. Gdyby to odnieść do jogi (a taka była chyba w końcu intencja obu panów), można by powiedzieć, że w naszym podejściu do niej nie powinniśmy zanadto skupiać się na formie. Kiedy słyszę rozmowy znajomych joginów, mam wrażenie, że czasem wpadamy właśnie w tę pułapkę. Zawzięcie dyskutujemy różnice pomiędzy poszczególnymi szkołami, łapiemy za słowa nauczycieli, szukając sprzeczności pomiędzy ich wypowiedziami a tym, co uznaje się za tradycję. Zachowujemy się trochę tak, jakby istniała tylko jedna prawdziwa metoda, jedna droga, jakaś jedynie słuszna joga, w której jest najwięcej jogi. Może to trochę wynika z bagażu naszego kręgu kulturowego, jakiejś niedookreślonej tęsknoty za ortodoksją, a może ze współcześnie obowiązującej tendencji do wyróżniania się od innych za wszelką cenę. Fakt jednak pozostaje faktem, że zbyt często skupiamy się na zawiłościach ścieżki, którą kroczymy, a zapominamy o celu, do którego zmierzamy. Misterne zdobienia pucharu przesłaniają nam niekiedy to, co się w nim znajduje.
Z drugiej strony, ten sam Richard Freeman chętnie odwołuje się do anegdoty o człowieku, kopiącym studnie. Ów spragniony, desperacko kopie coraz głębiej, ale ponieważ wody nie znajduje, rezygnuje, zmienia miejsce i zaczyna na nowo. I tak, raz za razem, by w rezultacie wody nie znaleźć. Anegdota ta nie jest oczywiście pochwałą dogmatyzmu w podejściu do jogi czy zachętą, by negować inne do niej podejścia niż z nasze własne. Lekcja, która z anegdoty tej płynie jest jednak oczywista: warto być konsekwentnym. Jeżeli już ktoś zdecydował się na pewną ścieżkę jogi, powinien iść nią wytrwale do przodu, a nie strzelać oczami w lewo i prawo, zastanawiając się czy aby inne ścieżki nie są lepsze. Mówiąc krótko potrzeba pewnego zaufania do metody, którą się wybrało, bo – nawet jeśli czasem poczujemy upojny zapach wody na samym początku – działa ona w pełni dopiero po jakimś czasie.
Może jestem trochę staroświecki (na pewno jestem), ale anegdota o kopaniu studni zawsze przypomina mi się kiedy słyszę o nowym rodzaju jogi czy nowej, rewelacyjnej metodzie, którą właśnie ktoś lansuje. Nie marzę wcale o powrocie do czasów, w których w sklepach na półkach był tylko ocet, ale męczy mnie trochę supermarketowe podejście do jogi, zgodnie z którym jednego dnia ćwiczymy jeden rodzaj jogi, drugiego inny, a trzeciego korzystamy z promocji na trzeci. Takie podejście daje z pewnością możliwość popróbowania nowości, ale czy dzięki temu lepiej poznajemy smak jogi?
Tylko jak to wszystko ze sobą pogodzić? Oczywiście metafora o tym, że na wierzchołek góry można dojść różnymi ścieżkami nie jest wprost sprzeczna z opowieścią o kopaniu studni. W końcu to, że na górę można wejść różnymi ścieżkami nie oznacza, że trzeba zaraz wchodzić kilkoma ścieżkami naraz. Pewna niejednoznaczność czy rodzaj intelektualnego napięcia jednak pozostaje. Bo nie każda ścieżka na szczyt góry nas przecież prowadzi, a na pewno nie każda prowadzi równie szybko i bezpiecznie. Ale mówiąc szczerze zupełnie mi to nie przeszkadza. Więcej nawet, taki rodzaj niejednoznaczności całkiem mi pasuje i – choć do końca pogodzić ich nie umiem – wewnętrznie czuje jakąś prawdziwość obu tych metafor jednocześnie. Póki co jednak wytrwale drążę moją studnię i nie rozglądam się na boki.

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".