Idealne wrogiem dobrego
20/06/2018
Ostatnio prześladuje mnie perfekcjonizm. Na szczęście nie mnie osobiście, tylko znajomych, ale nawet w tym przypadku niepohamowane dążenie innych do ideału daje do myślenia. Czasem mam nawet wrażenie, że dążeniem tym wiele osób niepotrzebnie komplikuje sobie życie, wpędza się w kompleksy i nie cieszy się wystarczająco mocno z tego czasu, którego w końcu tak wiele na tym najlepszym ze światów nam nie dano.
Byłem na przykład w niedzielę na obchodach Dnia Jogi, który z roku na rok staje się coraz większą i fajniejszą imprezą. Rozmawiałem z wieloma wspaniałymi osobami na bardzo różne tematy, ale jakoś dziwnie utkwiło mi w pamięci zasłyszane przypadkowe wyznanie pewnej sympatycznej joginki, która przyznała się, że musiała się szybko przed praktyką przebrać, bo jej podkoszulek był trochę pognieciony. Nie chcę wyjść na ostatnią fleję, abnegata czy innego jogicznego niechlujca. Staram się ubierać raczej w miarę porządnie (nie tylko na jogę zresztą). Kierując się zasadą miłości do bliźnich i siebie samego, praktykuję również raczej w czystym stroju. Do głowy by mi natomiast nie przyszło, żeby sprawdzać przed praktyką poziom wyprasowania mojego wdzianka i zmieniać je gdyby okazało się nie dość perfekcyjne.
Z kolei w poniedziałek przeczytałem na Facebooku wpis pewnej znakomitej joginki i nauczycielki, która wyznała, że przez lata miała kompleks na punkcie swojego ciała i dopiero teraz, kiedy osiągnęła 40-tkę, urodziła gromadkę dzieci, doszła z sobą do porozumienia, że dobrze jest, jak jest i nie ma się czym przejmować. Kiedy czytałem to wyznanie, oczom nie mogłem uwierzyć, bo znamy się już od kilku lat i zawsze miałem wrażenie, że jest piękną kobietą o intrygującej urodzie i niezwykle sprawnym, smukłym i silnym ciele. Nigdy nie zapomnę, jak praktykowała obok mnie w szóstym miesiącu trzeciej ciąży i bez większego wysiłku, z gracją stając na przedramionach w pincha mayurasanie, budziła powszechny podziw zarówno jako joginka jak i kobieta.
We wtorek natomiast uciąłem sobie pogawędkę ze znajomym, który szuka pracy i właśnie przygotowuje się do tzw. interview z potencjalnym przyszłym pracodawcą. Znamy już od ładnych paru lat zawsze miałem ogromny podziw do jego fachowości, umiejętności komunikacyjnych i dojrzałości. Wydawał mi się osobą, z której każdy szef może być dumny i która powinna przebierać w ofertach. Podczas naszej rozmowy okazało się natomiast, że mój kolega ma poczucie, że niewiele umie, nie do końca pasuje do wymagań i poważnie zastanawia się czy na spotkanie z nową firmą w ogóle pójść. Przez chwilę nie bardzo potrafiłem znaleźć odpowiednie słowa, tym bardziej, że znam całkiem sporo osób, które nie mają takich kwalifikacji i umiejętności personalnych, a bez wahania uznałby się za idealnych kandydatów na to stanowisko.
Taki źle pojęty perfekcjonizm można także całkiem często zaobserwować na macie. Osoby, które mają bardzo fajną, regularną praktykę dręczone poczuciem jakiegoś dziwnego niedosytu, starają się czasem ze wszystkich sił poprawiać coś, co jest już całkiem dobre. W dążeniu tym zapominają, że asana jest osobistym doświadczeniem ciała, a więc z natury rzeczy jest wewnętrzna i nie ma swojego jedynego, perfekcyjnego wzorca. Owszem istnieją pewne zasady ułożenia ciała, która definiują daną asanę i zapewniają jej bezpieczne wykonanie, ale są to bardziej ramy niż szczegółowe wytyczne. Asana jest dobra gdy jest stabilna (sthira) i wygodna (sukha), jeśli znajdujemy w niej przestrzeń do swobodnego oddechu i uspokojenia myśli oraz kiedy sprawia nam radość. Tych wszystkich rzeczy nie mierzy się zaś ekierką lub kątomierzem.
Oczywiście, są sfery życia, w których dążenie do perfekcji jest jak najbardziej uzasadnione i pożądane. Kiedy jadę przez most, mam cichą nadzieję, że jego konstruktor owładnięty był manią perfekcjonizmu. Zdecydowanie preferuje również pilotów, którzy co do przecinka trzymają się procedur startu i lądowania – szczególnie, gdy sam jestem na pokładzie. Rozumiem również dlaczego traderzy walutowi podają kursy wymiany do czterech cyfr po przecinku. Nie mam także nic przeciwko temu, że w Sèvres pod Paryżem działa sobie Międzynarodowe Biuro Miar i Wag, gdzie przechowywany jest np. wzorzec metra i kilograma. Dla pewnych sytuacji istnienie wzorców i aptekarska precyzja są jak najbardziej wskazane.
Jednak w życiu codziennym, w ogromnej większości przypadków tego typu perfekcjonizm jest nie tylko niepotrzebny, ale wręcz szkodliwy. W Sèvres pod Paryżem nie mają wzorca idealnej asany ani uprasowanego podkoszulka. Nie przechowują tam także szczegółowych instrukcji, jak powinno wyglądać perfekcyjne kobiece czy męskie ciało. Dlatego myślę sobie, że czasem można poćwiczyć w nieuprasowanej koszulce, warto jest pokochać swoje ciało już teraz – zanim dobije się do 40stki, dobrze jest uwierzyć, że jest się dobrym fachowcem i że nasze asany mogą być naprawdę dobre – nawet jeśli w lustrze nie wyglądają, jak jakiś wyimaginowany ideał.
Pisząc ten tekst, siedzę sobie na przykład przy szeroko otwartym oknie. Zapada właśnie wieczór po bardzo upalnym dniu. Może nie jest perfekcyjnie, bo sąsiad właśnie ogląda głośno jakiś mecz w piłkę kopaną, a z oddali dobiega zapach przypalanej na grillu kiełbasy. Wolałbym ciszę i niespecjalnie lubię zapach smażeniny, ale staram się rozkoszować każdą chwilą. Może nie jest perfekcyjnie, ale to naprawdę piękny wieczór.

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".