Hejt nasz powszedni
29/11/2017
Czasem mam wrażenie, że wylewa się zewsząd. Głównie oczywiście z peryferii polityki, nad którą unosi się czasem, trochę jak kręcący w nosie, duszący zapach kociej kupy. Lubi pojawiać się na stronach zajmujących się życiem celebrytów, jest zmorą portali społecznościowych, chętnie towarzyszy wielkim wydarzeniom społecznym i kulturalnym, ale także czuje się jak w domu na prywatnych blogach.
Obcowanie z hejtem pozostawia mnie zawsze w poczuciu bezradności, bo hejtera trudno zrozumieć, a jeszcze trudniej mu odpowiedzieć. Komunikowanie się z kimś zakłada szczątkową choćby empatię, pozorną przynajmniej próbę zrozumienia drugiej strony. Gdy ktoś mówi „zimno mi”, mogę się jakoś z tym kimś utożsamić, bo przecież kiedyś przedzierałem się zbyt lekko ubrany przez listopadowy, wietrzny poranek. Podobnie jest z całą gamą pozytywnych i negatywnych uczuć, stanów i nastrojów. Mogę nie wszystkie z nich akceptować, ale kiedyś sam ich doświadczyłem lub przynajmniej mogę je sobie jakoś z grubsza wyobrazić. Z hejtem sprawa jest trudniejsza. Bo jak tu wzbudzić empatię do kogoś, kto spędza kilka godzin przed ekranem komputera po to tylko, żeby regularnie karmić swoją żarłoczną agresję? Jak zrozumieć i poczuć chęć do dialogu z osobą, która swój wolny czas spędza pracowicie polerując bibeloty zapiekłej nienawiści?
Smutne jest szczególnie to, gdy hejt pojawia się w miejscach niespodziewanych, które teoretycznie powinny być strefą od hejtu wolną. Na przykład na portalach poświęconych zdrowemu żywieniu czy weganizmowi. Dlaczego komuś, kto zajada się golonką tak przeszkadza to, że ktoś inny zjada się sałatą? A jednak przeszkadza i od czasu do czasu taki hejter wypluwa z siebie potok czasem zabawnych, czasem niespecjalnie mądrych argumentów, stając się przy okazji ekspertem od dietetyki, paleoantropologii i teorii ewolucji, uczuć roślin oraz naturalnej, uświęconej tradycją hierarchii łańcucha pokarmowego. Jeszcze przykrzejsze jest to, że niekiedy sprowokowani w ten sposób weganie biorą udział w takim konkursie obrzucania się jadem i sami zaczynają artyleryjski ostrzał z dział dużego kalibru. A przecież to, że ktoś kocha zwierzęta nie znaczy, że może przestać kochać ludzi, nawet jeśli to drugie czasem bywa trudniejsze.
Mówią, że hejt bierze się z poczucia zagrożenia, które jest częstym skutkiem dysonansu poznawczego. Żyje sobie ktoś w pozornie bezpiecznej konstrukcji, zbudowanej z codziennych rytuałów, ugruntowanych przyzwyczajeń oraz regularnie podlewanych i nawożonych przekonań, a tu nagle ktoś mówi lub co gorsza demonstruje, że świat jest jednak zupełnie inny. Coś, co wydawało się bezpieczną konstrukcją zaczyna się sypać. Najprostszym sposobem na obronę swojego świata jest wówczas atak na tych, który nie chcą się do niego dostosować i odmówienie im prawa do inności. Tłumaczyłoby to, dlaczego dużo hejtu zbierają teksty poświęcone np. równouprawnieniu kobiet, obronie praw mniejszości lub ekologii. Wszystkie te tematy bezpośrednio czy pośrednio skłaniają w końcu do refleksji, że pewien, tzw. „tradycyjny” sposób widzenia świata należy już do przeszłości albo – w najlepszym razie – za chwilę do przeszłości odejdzie.
Czy nasz jogiczny światek wolny jest od hejtu? Chciałoby się, żeby tak było, ale pewnie jest to mało realne. Pół biedy, gdyby miał być to tylko hejt skierowany w stronę praktykujących jogę. W końcu, z punktu widzenia hejtera, jogini doskonale dają się wrzucić do jednego worka z „lewakami”, „genderowcami” oraz broniącymi puszczy „eko-popaprańcami”. (Co prawda, nie bardzo potrafię wyobrazić sobie, w jaki sposób to, że codziennie praktykuję jogę może być zagrożeniem dla kogoś, kto codziennie objada się chipsami przed telewizorem, ale pewnie ciepię na deficyt wyobraźni.) O wiele bardziej przykre byłoby jednak, gdyby armaty joginów zaczęły odpowiadać ogniem. Wystarcza mi już w zupełności, że niektórzy moi znajomi zaangażowani w obronę praw mniejszości, praw zwierząt czy ruchy eko używają czasem zbyt – jak na mój gust – ostrego języka w obronie swoich racji.
A z hejtem jest jak z wypalaniem trawy na wiosnę – ogień łatwo głupio rozniecić, ale trudniej opanować i zgasić. Wystarczy jedno zbyt mocne słowo, źle zrozumiana ironia, jedno niezbyt fortunne porównanie. Język pisany ma również to do siebie, że pozostawia więcej pola do interpretacji niż komunikacja osobista. Brakuje w nim przecież uśmiechu, który często potrafi skutecznie złagodzić bolesną krytykę. Nie ma w nim kontaktu wzrokowego, który znakomicie potrafi studzić agresję, oraz tonu głosu i mowy ciała, dzięki którym łatwiej zrozumieć prawdziwe intencje mówiącego. Jakby tego było mało, czasem mamy tendencję do czytania nie tego, co ktoś napisał, ale tego, co sami tak bardzo chcemy wyczytać. Staram się o tym pamiętać, kiedy piszę komentarz do czyjegoś wpisu czy odpowiadam na maila, choć pewnie nie zawsze mi się udaje…

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".