Genetyczny komitet
15/03/2017
Często myślimy o naszych genach, jak o bezwzględnym, autorytarnym władcy. To on decyduje, co nam wolno, a czego nie. On mówi, jak żyć. On rozstrzyga, kiedy umrzeć. Taki trochę wschodni satrapa, bezlitosny lord Farquaad, czy może nasz rodzimy, Jaśnie Pan Prezes Tysiąclecia. I niektóre geny takie są. Przychodzisz człowieku na świat i mówią ci, że będziesz miał błękitne oczy i co byś nie robił, będą niebieskie, a nie piwne. Podobnie jest z kolorem włosów, czy – o zgrozo – z ich ewentualnymi brakami.
Ale nie wszystkie geny tak działają. Niektóre z nich są bardziej jak komitet niż jednoosobowy władca. Zbierają się co jakiś czas, przyglądają się temu, jaki tryb życia prowadzimy, co jemy i w drodze tajnego głosowania postanawiają: „Mmm, ten tu oto nasz nosiciel siedzi cały dzień przed komputerem, obżera się fastfoodem i słodkimi batonikami, a na dodatek ostro lubi popić. Dajemy mu cukrzycę. Kto przeciw? Nie widzę. No to postanowione – cukrzyca typu 2.” Tak przynajmniej twierdzi doktor Neal Barnard, profesor w George Washington University i autor licznych badań nad wpływem diety i stylu życia na występowanie otyłości, cukrzycy oraz chronicznych stanów bólowych.
Świadomość, że geny nie są dyktatorem początkowo wydaje się dobrą wiadomością. Oto okazuje się, że nasze zdrowie, dobre samopoczucie, długość życia nie zależy do końca od tego, co w mocno przypadkowej chwili uniesienia przekazali nam w genach rodzice. Po chwili namysłu świadomość tego faktu nie jest jednak już taka przyjemna. Tak to zresztą zwykle bywa, gdy wybijamy się na niezależność. Pierwszy łyk wolności smakuje znakomicie, drugi – miewa gorzkawy posmak.
Jeżeli bowiem niektóre geny to komitet i na jego decyzje wpływa to, jak się zachowujemy, co jemy, jaki tryb życia prowadzimy, to na nas samych spoczywa całkiem spora doza odpowiedzialności za nasz dobrostan.
Nie ma już wymówek, gadania, że przecież każdy na coś musi umrzeć, że co ma być, to będzie, albo że ciotka Hela piła, paliła, jadła schabowe smażone na smalcu, a przecież dożyła do 90-tki. Nie pozostaje nam nic innego niż wziąć się za siebie i zacząć świadomie żyć i świadomie się odżywiać. A to już takie proste nie jest, bo wymaga otwartości na wiedzę i samodyscypliny.
W sumie jednak lepsze to niż totalna dyktatura genów. Demokracja ma z pewnością wiele wad, ale życie w systemie, w którym wszystkie ważne decyzje podejmuje ktoś inny jest nieporównywalnie gorsze. No i jest jeszcze ta miła świadomość, że kiedy np. zmieniamy dietę na zdrowszą albo rozwijamy matę do jogi, nasz genetyczny komitet uśmiecha się zadowolony i być może postanawia choćby na chwilę zawiesić podjęcie decyzji, o których nawet wolimy nie myśleć.

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".