Drzewo czy strumyki?
12/09/2018
Kiedy patrzymy na jakaś tradycję, lubimy czasem opisywać ją stosując metaforę drzewa. I dotyczy to bardzo wielu typów tradycji – filozoficznych, kulturowych, religijnych, w tym także jogi. Metafora drzewa jest wygodna, bo łatwa do zrozumienia i w jakiś sposób bliska naszemu osobistemu doświadczaniu własnej genealogii. Drzewo zaczyna się od jakiegoś początku, ma pień, z którego wyrastają grube konary. Z konarów wyrastają gałęzie, a z nich gałązki. Jeśli patrzymy na drzewo z punktu widzenia gałązki, stosunkowo łatwo zrozumieć skąd się ona wzięła i dlaczego tak prężnie daje odpór wiatrowi. Gałązka – dzięki swej gałęzi, konarowi i pniowi drzewa, z których wyrasta – ma jakąś wewnętrzną spójność i delikatny urok konieczności.
O tradycji jogi w kategoriach drzewa myśleć jest przyjemnie. Zwłaszcza o tradycjach tej jogi, którą akurat praktykujemy. Niekiedy mamy nawet tendencje wskazywać na konkretny konar, z którego „nasza joga” wyrasta i udowadniać, że jest ona najbardziej tradycyjna i najprawdziwsza ze wszystkich. Wówczas jakoś dziwnie łatwo prześlizgujemy się po tych innych gałęziach i gałązkach, które plączą się z naszą i zaskakująco szybko odnajdujemy dowody, że nasz konar bezpośrednio z głównego pnia tradycji wyrasta. Jest to szczególnie łatwe jeśli te inne gałązki, z tych czy innych względów, zmarniały lub zupełnie uschły.
W takim myśleniu kryje się jednak pewne niebezpieczeństwo, które pojawia się gdy dowiemy się o rzeczach niezbyt miłych z naszą tradycją związanych. Może okazać się bowiem, że konar, z którego nasza gałązka wyrasta dziwnie się wyrodził albo na jakimś etapie rósł podejrzanie krzywo. Dlatego kiedy myślimy o tradycji w kategoriach drzewa nie tak łatwo poradzić sobie z informacjami grzechach i przewinach ludzi, którzy dla formowania się naszej tradycji byli kluczowi. Często wtedy prościej jest informacje takie ignorować lub całkowicie je wyprzeć niż szczerze przed sobą i światem przyznać się, że dorodne owoce mogą czasem również z mocno pokręconych gałęzi wyrastać. Myślenie o własnej tradycji w kategoriach drzewa sprzyja więc hagiografii – czyli malowaniu entuzjastycznych obrazków ludzi bez skazy. A – jak wiadomo – takich ludzi nie ma. Ani w jodze, ani w religii, ani w jakiekolwiek innej tradycji.
Myślenie o własnej tradycji w kategoriach strumieni też może sprawiać kłopot. Jest bowiem nieco trudniejsze i nie daje takiej pewności, co do tego skąd się wywodzimy. Kiedy patrzymy w ten sposób na naszą historię czy tradycję kulturową zamiast cieszyć się z przewidywalności musimy zmierzyć się z całkiem sporą dozą przypadkowości. W końcu strumyczki łączą się w większe strumienie, a potem w rzeki, po to tylko, żeby znowu się podzielić, rozpłynąć i połączyć z innymi. W tej gmatwaninie trudno dopatrzyć się historycznych konieczności, przypisać jednemu strumieniowi wartość pierwotną czy (nomen omen) źródłową. Może także okazać się, że stosunkowo mały i niewiele znaczący strumyczek, gdy połączy się z większym, zmieni jego bieg, wartkość lub spowoduje, że ten wyleje się ze swych dotychczasowych brzegów.
Myślenie o „naszej jodze” w kategoriach strumieni wymaga więc od nas pokory wobec innych, kształtujących ją jogicznych i niejogicznych tradycji. Jeszcze w miarę łatwo zaakceptować fakt, że historycznie wiele z kluczowych dla teorii jogi koncepcji pochodzi z wedanty, buddyzmu, dżinizmu czy tantry. W końcu jogiczne teorie również wpływały na współczesne sobie nurty myślowe, więc nie ma nic dziwnego, że joga sama także takim procesom podlegała. Trudniej jednak pewnie zaakceptować fakt, że procesy takie nie skończyły się w średniowieczu, ale trwają do dzisiaj, a więc podlega im także „nasza joga”. To, co niektórym wydaje się „czystą”, liczącą dziesiątki, setki czy tysiące lat tradycją jest czymś co ciągle ewoluuje, zmienia się i podlega rozmaitym wpływom i inspiracjom. Na kształt naszej praktyki wpływ wywierają np., zmieniające się mody lub osobiste poszukiwania charyzmatycznych i eksperymentujących nauczycieli. Strumień naszej tradycji – podobnie jak w czasach starożytnych czy w średniowieczu – wije się więc miedzy kamieniami w sposób bynajmniej nie oczywisty, miesza się z innymi, zmieniając czasem swój bieg lub odcień. Przy takim podejściu traci sens mówienie o tym, że jest jakaś jedna, „czysta”, prawdziwa i oryginalna joga. Również nauczyciel staje się bardziej pokornym posłańcem niż rozstrzygającą wszystko wyrocznią, na którego słowie i czynach opiera się wartość i znaczenie danej metody.
Jednak z myśleniem o tradycji jogi w kategoriach strumieni również wiąże się pewien kłopot. Czasem strumienie płyną w bardzo dziwnych kierunkach. Innym razem ktoś świadomie czy głupoty może zmieszać je ze ściekami. Nie każdy strumień jest więc źródłem, z którego warto zaspakajać pragnienie. Nie każde wygibasy na macie będą jogą.
Może zatem tradycja jogi nie jest podobna ani do dębu ani do plączących się strumieni? Jest taki rodzaj drzewa, od którego poziomych gałęzi wyrastają idące w dół pędy, które następnie wrastają w ziemie i zakorzeniają się. Niektóre z takich drzew mogą mieć kilkaset pni bocznych, które rozrastają się na obszarze nawet do pół kilometra. Taki okazały figowiec bengalski (bo tak się drzewo takie nazywa) rośnie w ogrodzie botanicznym w Kalkucie i ma ponad 2,800 pni o wysokości przekraczającej 20 metrów. Patrząc z zewnątrz, wydawać się może, że ma się do czynienia z lasem. Każdy z wrośniętych w ziemię pni zasila i podtrzymuje wspólną koronę. Każdy z pni jednak rośnie trochę w innym miejscu, na trochę innej glebie i wygląda inaczej niż pozostałe. Jednak wszystkie te pnie są w sensie genetycznym tym samym organizmem, mają bowiem identyczne DNA. Może zatem taki właśnie figowiec bengalski lepiej pasuje jako metafora sposobu, w jaki rozwija się joga?
Co oczywiście rodzi pytanie: „Na czym polega jogiczne DNA?”. Ale na tak postawione pytanie każdy już sam musi sobie odpowiedzieć.

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".