Czy joga jest kastowa?
17/01/2018
W czasach kiedy grywałem namiętnie w tenisa, miałem pewnego znajomego. Nazwijmy go X-em. Otóż X często przychodził na korty, ubrany w nienaganne tenisowe wdzianka, zawsze najnowszej kolekcji którejś ze znanych marek. Miał najnowszy model rakiety, którą grał właśnie sam Roger Federer. Popijał napoje izotoniczne, które reklamował Novak Djokovic. Doskonale znał wyniki meczów toczących się aktualnie turniejów i bez wysiłku potrafił fachowo skomentować, dlaczego znowu w ćwierćfinale odparła Radwańska. Na korcie X-a widywało się sporadycznie. Czasem nawierzchnia była zbyt mokra, innym razem za sucha. Było za gorąco lub zbyt zimno. Kiedy korty były wreszcie w odpowiednim stanie, a lekka bryza rozgoniła niesforne, zbyt ciepłe powietrze, X stawał w końcu dzielnie na korcie, aby odbić kilka piłek, ale wówczas z reguły prześladował go zły los. A to nowe piłki dziwnie się odbijały, a to odezwała mu się stara kontuzja kolana, lędźwi, nadgarstka, prawego barku lub lewego biodra, a to na jego dłoni pojawiało się obtarcie, które skutecznie uniemożliwiało dalszą grę. X wracał wówczas z ulgą do tenisowej kawiarenki, aby pić swoje izotoniczne napoje i snuć tenisowe opowieści.
Zawsze kiedy widziałem X-a odnosiłam wrażenie, że tak naprawdę kręci go nie tyle granie w tenisa, co bycie tenisistą i uczestniczenie w czymś w rodzaju rytuału. Założenie tenisowego dresu i czapeczki, zasznurowanie tenisowych butów, zarzucenie na ramię tenisowej torby z tenisową rakietą, stanowiło dla niego deklarację plemiennej czy może kastowej przynależności. Mógł dzięki temu sobie i całemu światu zakomunikować, że dba o swoje zdrowie, że ma swoją sportową pasję, że należy do dosyć elitarnego grona ludzi, którzy uprawiają trudny, dosyć techniczny sport, wymagający sporych nakładów czasu i także – co pewnie ważne – pieniędzy. Przekaz X-a do świata był bardzo prosty: „Nie jestem jakimś tam prostym Januszem, który całe dnie siedzi przed telewizorem, pije piwo, je chipsy i hoduje brzuch. Jestem człowiekiem, który ceni sobie wysiłek, ale taki połączony w finezją i techniką, który wie, jaki sprzęt jest najlepszy i którego stać na to, aby go kupić.” Zwolennik teorii Marksa powiedziałby, że dla X-a bycie tenisistą było elementem jego tożsamości klasowej.
Czy w naszym jogicznym światku są takie osoby, jak mój tenisowy X? Czy dla niektórych z nas kupienie najnowszej Manduki, noszenie legginsów Lululemona, czy wyjazd do kosztownego jogicznego ośrodka na Goa nie są bardziej czymś w rodzaju deklaracji przynależności, a nie po prostu elementem związanym z codzienną praktyką? Chciałoby się oczywiście, żeby tak nie było. W idealnym świecie w jodze powinno chodzić o praktykę samą, niezależną od tej całej otoczki jogicznego sprzętu i wypasionych zagranicznych ośrodków. Chciałoby się, żeby joga była dla wszystkich, bez względu na wiek, płeć, rodzaj sylwetki, zamożność, czy grupową (klasową) przynależność. Tym bardziej, że praktyka jogi jest raczej podróżą do wewnątrz i ma pomóc nam uwolnić się od złudzeń, którymi karmi nas świat zewnętrzny. Rodzaj maty, legginsów czy miejsce praktyki nie powinno zatem mieć większego znaczenia dla jej jakości i skutków.
Nie mam jednak większych złudzeń, że są i takie osoby, które bardziej od praktykowania jogi cenią sobie przynależność do grona osób praktykujących, z całą towarzyszącą temu otoczką gadżetów i zachowań. Pewnie nawet część popularności jogi w naszym kręgu kulturowym bierze się z tego, że w stosunkowo prosty sposób można czytelnie zamanifestować swoją przynależność do „klubu” szczupłych i elastycznych, dbających o zdrowie i wewnętrzną równowagę, empatycznych i wrażliwych, uduchowionych i głębią wewnętrzną szczodrze obdarzonych. Nie ma się zresztą czemu dziwić. W końcu kto nie chciałby to takiego klubu się zapisać?
Taka swoista „kastowość” jogi – choć niekiedy może irytować – miewa czasem także i swoje dobre strony. W końcu osoby takie także kupują karnety na zajęcia, maty i ubrania w sklepikach przy jogicznych szkołach oraz od czasu do czasu jeżdżą na warsztaty. Dzięki temu pasjonaci, którzy jogi uczą mogą sobie trochę dorobić, a wiadomo przecież, że z czegoś żyć trzeba. Poza tym (jak niedawno pisałem przy innej okazji) wierzę mocno, że praktyka jogi ma moc zmieniania ludzi – ich stylu życia, nawyków, sposobu myślenia. Nawet jeśli ktoś staje na macie po raz pierwszy jedynie dla szpanu albo z potrzeby przynależności do „jogicznej kasty” może to być tylko pierwszym etapem mentalnej i duchowej podróży w całkowicie nieoczekiwane i egzotyczne miejsca. Tu zresztą kończy się analogia do tenisowego światka, bo pewnie X ciągle siedzi w kawiarence przy kortach i snuje swoje tenisowe bajania. No, chyba że przerzucił się na golfa.

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".