Czy jestem jogaholikiem?
26/07/2017
Kiedy o 5:30 rano rozwijam matę, rzadko jestem pierwszy. Czasem nawet trzeci lub czwarty. Na wysokości parsvakonasany zaczynają napływać kolejne osoby. Sala się wypełnia. I tak prawie codziennie – no chyba, że jest Moonday (wtedy nie praktykuję) albo zwyczajowy dzień wolny (jeden dzień w tygodniu się należy, jak psu zupa). Ale po takiej jednodniowej (rzadziej dwudniowej) przerwie rytuał się powtarza. Tyle tylko, że wtedy jestem jakoś wyraźnie bardziej jogi stęskniony (wygłodniały?) i – podobnie jak inni – z radością i ulgą wracam do praktyki. Czyżbym był uzależniony?
Na pierwszy rzut oka jest w tym coś na rzeczy. Kiedy mam dzień wolny od jogi, nie czuję tej energii i przyjemnego rozluźnienia, co zawsze. Mam wrażenie, że wszystkiego jest jakoś mniej i nie tak intensywnie. Kiedy zanurzam się w praktykę, od pierwszych chwil czuję narastającą falę energii, każdy oddech, każdy ruch ciała – nawet ten bardzo subtelny – staje się intensywniejszy. Kiedy kończę praktykę i rozpływam się w savasanie, mam dojmujące poczucie, że wszystko jest tak, jak być powinno i nic nie muszę z tym robić. Moje małe i duże myśli przestają się myśleć, ciało zapada się delikatnie, jakby podłoga w sali była miękkim, ciepłym piaskiem. Unoszę się delikatnie nad własnym zmęczeniem i oczekującym mnie na zewnątrz światem, bo gruncie rzeczy wcale nie ma się do niego co tak spieszyć. Wiem – trudno to pogodzić, że się jednocześnie się rozpływam, zapadam i unoszę, ale jak się leży po praktyce w savasanie, ma ta jakiś sens i wydaje się całkiem logiczne.
Ktoś mógłby zatem powiedzieć, że – kiedy nie praktykuję – doświadczam syndromu odstawienia. Po praktyce zaś (w trakcie zresztą też) wyraźnie stymulowany jest mój mózgowy układ nagrody. Czyli trochę, jak w przypadku czekolady, kawy, alkoholu … no i innych substancji uzależniających, których lista jest całkiem długa. A więc czyżbym stał się jogaholikiem?
Chyba jednak nie do końca mogę się z tym zgodzić. I to wcale nie dlatego, że ktoś może na mnie zacząć krzywo patrzeć, jak na osobę uzależnioną. Nie wiem czy to kwestia jogi czy wieku, ale coraz mniej przejmuje się tym, co inni sądzą na temat moich wyborów i mojego stylu życia. Po prostu nie pasuje mi traktowanie słowa „uzależnienie” w języku potocznym, jak gumowego worka, do którego można prawie wszystko upchnąć. W mediach tradycyjnych piszą o uzależnieniu od mediów społecznościowych i gier komputerowych. W Internecie piszą o uzależnieniu się od „Gry o tron” czy „House of Cards”. Kiedy rozmawiam ze znajomymi często słyszę, jak to są uzależnieni od porannego espresso, popołudniowego basenu albo wieczornego biegania. Sąsiad twierdzi, że uzależnił się od wypadów za miasto na motocyklu. Znajoma jest przekonana, że uzależniła się właśnie od protestów przeciwko aktualnemu rządowi, ale w tym przypadku nie wchodzę z nią w polemikę, bo sprawa słuszna i tak pięknie w końcu protestuje. Słowem terminu „uzależnienie” używa się w tylu różnych kontekstach i w celu opisania tylu różnorodnych zjawisk, że zaczyna on powoli tracić swoją ostrość w opisywaniu rzeczywistości.
Dodatkowo uzależnienie kojarzy mi się z czymś, co ma (lub może mieć) negatywne skutki uboczne – dla organizmu, psychiki, relacji z innymi ludźmi. Kiedy zaś przyglądam się skutkom, jakie wywiera na mnie moja praktyka, widzę w tych obszarach wyłącznie poprawę. Fizycznie czuję się lepiej niż kiedykolwiek. Moje wyniki badań nadają się do umieszczenia obok wzorca metra w Sèvres pod Paryżem. Relacje z innymi ludźmi wyraźnie mi się poprawiły (może dlatego, że nabrałem więcej dystansu do siebie?). Psychika zaś … no cóż, na temat mojej psychiki niech lepiej wypowiadają się fachowcy, ale skoro melduję się na macie codziennie o 5:30 rano, moje wrodzone wariactwo utrzymuje się chyba w normie i raczej się nie pogarsza.
A więc – czy joga uzależnia? Sam nie wiem. Ale mówiąc zupełnie szczerze, niespecjalnie spędza mi to sen z powiek. Richard Freeman mówi, że joga rujnuje życie, ale żeby się tym nie przejmować, bo to dobrze. Jeżeli więc jestem jogaholikiem, trudno – nie mam z tym problemu. Jutro może nawet wstanę parę minut wcześniej i będę pierwszy na macie?

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".