Czego uczą urazy
18/10/2017
Urazy uczą wdzięczności, a to czasem bywa ważniejsze niż nauczenie się trudnej asany. Gdy jesteśmy sprawni i w pełni formy wydaje się nam, że będzie tylko lepiej, że nie ma dla nas rzeczy niemożliwych. Stajemy na macie i płyniemy przez praktykę, radośnie kontemplując spokojny oddech, który towarzyszy nawet najtrudniejszym asanom. Po praktyce lekkim krokiem idziemy przez rzeczywistość, pełni rozsadzającej nas energii i sił witalnych. Stan taki uznajemy za pewnik, za coś co było, jest i będzie. To, że możemy chodzić, podbiec do autobusu, zbiec ze schodów. To, że możemy bez trudu sięgnąć ręką po kubek z górnej półki – to przecież takie oczywiste. Tak oczywiste, że w ogóle tego nie zauważamy.
Czasem jednak pojawia się uraz. Niekiedy wynika z naszej lekkomyślności lub przerostu ambicji podczas praktyki lub poza nią. Innym razem odnawia się jakaś stara, nie do końca zaleczona kontuzja. Może być i tak, że coś przytrafi się nam przypadkowo, niekoniecznie na macie: mały karambol na rowerze, z pozoru niegroźna wywrotka na nartach, upadek na oblodzonym chodniku. Kiedy pojawia się uraz, zaczynamy doceniać możliwość ruchu bez bólu.
Kontuzja zmienia perspektywę praktyki. Uczy nas, jak doceniać to, kiedy możemy praktykować bez niej. Daje także szansę na jej pogłębienie, na zajrzenie do wewnątrz. Zamiast latać bez wysiłku w powietrzu, ostrożnie i z rozmysłem poruszamy się w zakreślonych bólem granicach naszej cielesności. Szukamy satysfakcji w uspokojeniu oddechu, lepszym zespoleniu go z bandami. Fizyczna praktyka jest wówczas z reguły krótsza, więc mamy ten luksus, żeby więcej czasu poświęcić pranajmie, medytacji czy nawet czytaniu o jodze. W tym ostatnim przypadku praktykujemy więc jeden z elementów Dźńana jogi.
Uraz przypomina nam także o naszej delikatności i ulotności. O tym, że nasze ciało jest złożonym i wrażliwym instrumentem i że powinniśmy traktować je z uwagą i szacunkiem. Ale także o tym, że nasza praktyka – rozumiana jako praktyka asan – nie zawsze będzie się rozwijać. Nie zawsze będziemy dodawać do niej nowe i coraz trudniejsze pozycje. W pewnym momencie, o którym nie chcemy na razie w ogóle myśleć, nasza praktyka zacznie się … zwijać. Asan będzie coraz mniej i będą coraz mniej wyrafinowane, zaś ich wykonanie będzie wymagało więcej wysiłku niż dzisiaj. Uraz daje nam przedsmak tego, co kiedyś i tak przyjdzie i pozwala (w niewielkim stopniu, ale jednak chyba pozwala) oswoić się z myślą o nieuchronnej degradacji naszego ciała i naszej fizycznej praktyki w przyszłości.
A kiedy uraz ustępuje, kiedy wyleczymy się z kontuzji, wracamy do naszej zwykłej praktyki chyba odrobinę mądrzejsi. Zaczyna do nas bowiem docierać, że to wcale nie jest taka tam zwykła praktyka, ale – niezależnie od stopnia jej zaawansowania – praktyka fantastyczna, zupełnie niesamowita i przepełnia nas niczym nieskrępowane uczucie wdzięczności. Znowu stajemy na macie i płyniemy przez praktykę, radośnie kontemplując spokojny oddech, który towarzyszy nawet najtrudniejszym asanom.

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".