Czego nie dają asany?
15/02/2017
Niestety, dzisiaj parę złych wiadomości. Założenie nogi za głowę (czy nawet obu nóg na raz, jeśli ktoś ma akurat czas i ochotę) nie czyni nas automatycznie lepszymi ludźmi. Łobuz z nogami za głową pozostaje takim samym łobuzem, tyle tylko, że łobuzem z nogami za głową. Kiedy się stoi na głowie czy przedramionach również mądrość nie spływa magicznie do mózgu. Zresztą skąd miałaby spływać – ze stóp, kolan, bioder? No, bo przecież nie z dwunastnicy? W kolanie nie ma także takiego sekretnego guziczka, który dotknięty brodą przełącza nas na tryb bycia oświeconym. Podobnie, jak złapanie się za nadgarstek w Marichyasanie D (kto próbował, zna ten miód) nie wprowadza w stan mistycznego kontaktu z Absolutem. Założenie lotosu i uniesienie się na dłoniach do góry ani milimetr nie przybliża do lewitowania. Krótko mówiąc najtrudniejsza nawet asana nie czyni nas automatycznie lepszymi, mądrzejszymi, bardziej uduchowionymi, a już na pewno nie pozwala na lewitowanie, szczególnie w środkach komunikacji miejskiej, zwłaszcza bez biletu.
Żeby być lepszym człowiekiem, trzeba się chociaż trochę bardziej postarać. Na przykład, trzeba przestrzegać paru zasad etycznych. W jodze nazywają się one jamy i nijamy, ale każdy inny system etyczny, oparty na złotej zasadzie „nie czyń drugiemu, co tobie nie miłe”, też powinien wystarczyć. To nudne, wiem. To trudne, też mam tego świadomość. Ale chyba inaczej się nie da. Z kolei, żeby być mądrzejszym, trzeba trochę poczytać (książek, nie wpisów na fejsie) i od czasu do czasu (lepiej częściej niż rzadziej) zadawać się z inteligentnymi ludźmi. Tak, wiem, że to czasem dołuje, ale zadawanie się z wyłącznie głupimi, choć statystycznie znacznie łatwiejsze, do mądrości nas raczej nie przybliży.
Co trzeba zrobić, żeby być uduchowionym, spotkać się oko w oko z Absolutem i/lub zacząć lewitować? To już grubszy temat i nie bardzo wypada pisać o tym w kilku słowach. Istnieją nawet wyspecjalizowane instytucje, które nie ustają w wysiłkach, aby nas uduchowiać. Inna sprawa, że skupiają się one (szczególne jedna z nich) głównie na sprawach związanych z polityką, seksem, antykoncepcją i generalnie prokreacją, co jakoś z duchowością mało się mi się kojarzy. Ale sam nigdy jeszcze nie lewitowałem, więc może nie powinienem się wymądrzać.
Jaki sens ma zatem praktykowanie asan? Dodawanie sobie coraz to trudniejszych, nowych pozycji? Na ten temat wygłoszono wiele wykładów i napisano wiele książek. Jest jednak jeden prosty, sprawdzony od wieków sposób, żeby się dowiedzieć. Wystarczy po prostu spróbować. Tak jest najprościej: wejść na matę i spróbować. Wtedy przekonamy się, że asany nie dają jeszcze jednej rzeczy – nie dają nam spokoju i każą co i rusz na matę wracać.

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".