Bio-hacking
5/04/2017
Jak żyć 150 lat i cieszyć się przy tym dobrym zdrowiem oraz sprawnym umysłem? Odpowiedź jest prosta trzeba iść do hackera. Ale nie do takiego zwykłego hackera, który wykrada dostępy do kart kredytowych albo wchodzi na strony różnych instytucji, żeby dla zabawy, czy w ramach protestu zamieszczać tam własne treści. Trzeba pójść do bio-hackera.
Bio-hacking staje się coraz modniejszym zajęciem, szczególnie w okolicach Doliny Krzemowej, gdzie mieszka wiele osób z obrzydliwie dużą ilością pieniędzy i nieznośnie wielką ilością wolnego czasu. Połączenie tych dwóch czynników sprawia, że przeżywają oni istne egzystencjalne tortury. Bo co tu robić, kiedy wszystkie potrzeby zostały zaspokojone, wszystkie zachcianki zrealizowane, to co miało zostać kupione jest już dawno nabyte, zaś pieniędzy na koncie jeszcze w tym czasie przybyło? Wówczas zaczynają dręczyć człowieka irytujące pytania o to, ile jeszcze czasu zostało mu, żeby się tym wszystkim cieszyć i czy starczy mu na to wszystko zdrowia i wigoru. Z pomocą przychodzą wówczas bio-hackerzy.
Obiecują oni, że poprzez wprowadzenie zmian do naszego stylu życia, odżywiania oraz regularne przyjmowanie najrozmaitszy specyfików będziemy w stanie nie tylko żyć grubo ponad sto lat, ale także będziemy w stanie z życia tego się cieszyć. Oczywiście, nie chodzi tu prowadzenie tzw. „zdrowego stylu życia”. To jest dobre dla ludzi bez kasy, których nie stać na porady bio-hackera. Chodzi o zmiany o wiele dalej idące.
Na przykład w ramach zmiany stylu życia odbywamy regularne treningi personalne, specjalnie przygotowane do naszego wieku, budowy ciała i genetycznego koktajlu. Następnie medytujemy przez 30 minut zgodnie z starodawnymi zalecaniami mnichów z Himalajów, popijając w przerwach koktajl ze spiruliny i sfermentowanych grzybków Azteków. Po medytacji spożywamy lekki eko-lunch i wzmacniamy się organiczną kawą. Oczywiście, najlepiej jeśli kawa ta jest endemiczna, czyli – dajmy na to – rośnie jedynie na południowym stoku jakieś trudno dostępnej góry w Kolumbii i została (kawa, nie góra) specjalnie do nas sprowadzona helikopterem, a następnie uprażona próżniowo na pokrytej platyną blaszce przy dźwiękach mis tybetańskich. Tylko taka kawa bowiem wzmocni odpowiednio silnie i trwale neuronowe połączenia w naszym mózgu. Do tego wszystkiego łykamy oczywiście kilka razy dziennie różne tabletki, których skład został opracowany w światowej klasy laboratoriach bio-hackera, ale jednocześnie bazuje na oryginalnych, tajemnych recepturach medycyny chińskiej, Ajurwedy oraz zalecaniach zwartych w koptyjskich zwojach odnalezionych nieoczekiwanie na dnie Morza Martwego.
Oczywiście, tego typy „zabiegi” muszą odpowiednio kosztować, co zresztą tylko podnosi wiarę w ich skuteczność. Poza tym świadomość, że byłyby one dostępne dla wszystkich mogłaby skutecznie zatruć pozostałe 100 lat życia i w ten sposób zepsuć całą przyjemność płynącą z bio-hackingu.
A co w tej sytuacji mają zrobić zwykli śmiertelnicy nie mieszkający w Dolinie Krzemowej tylko – dajmy na to – w jakimś małym kraju w Europie Środkowo-Wschodniej? No cóż, na bio-hacking pewnie nas nie stać, ale zawsze możemy odżywiać się zdrowiej i zacząć chodzić na jogę. Gwarancji, że dożyjemy 150 lat pewnie to nam nie da, ale z pewnością poczujemy się lepiej, młodziej i bardziej energetycznie, a nasze połączenia neuronowe będą nam tylko wdzięczne.

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".