Zaufanie
1/08/2017
Na niektóre rzeczy warto poczekać. Na inne – nie. Nie wszystkie nagrody są gwarantowane – jak w słynnym teście marshmallows, nie zawsze mamy przy sobie numerek, jak w przychodni, dlatego tak trudno nam czasem uzbroić się (co za związek frazeologiczny!) w cierpliwość. Czasami zbroić się nie mamy ochoty, bo nie wiemy, czy i kiedy i co nas czeka, gdy będziemy tak czekać i dążyć do celu. Mam na myśli życie w ogóle. Bo praktykując jogę, trochę wiemy. Tak na 99% mamy pewność, że w końcu staniemy na głowie, dotkniemy palcem, położymy brzuch, brodę, nos czy co tam trzeba, gdzie trzeba, gdzie Pattabhi Jois albo inny guru/twórca metody/cudotwórca jogi postanowił. I gdzie już ma być dobrze z tą brodą i uchem. Tak dobrze, że aż samadhi, a co najmniej santosha. Nie zawsze wiemy jednak, kiedy to się stanie. I co to jest to samadhi. I ta santosha. Zadowolenie, oświecenie, radość, błogość i totalne pogodzenie ze sobą i ze światem – jedna z tych rzeczy czy wszystko naraz?
Pamiętam, jak na warsztatach Jaki Nett, nauczycielka jogi wg Iyengara, opowiadała (z przekornym uśmiechem), jak to odpowiada wszystkim (z przekornym uśmiechem): „nie wiem”, na pytanie „kiedy to czy tamto się stanie w jodze?”. I tej odpowiedzi się nie wstydzi. Nie wie, kiedy metoda zadziała. Czy po tygodniu czy po czterech latach. Czy w ogóle. Kiedy spadnie nadwaga, przestanie boleć kręgosłup, poprawi się napięcie mięśni dna miednicy (Jaki Nett opracowała specjalne ćwiczenia na nietrzymanie moczu).
Nikt nie wie. Komuś tam lotos zajął sześć lat, komuś stanie na głowie 15, a ktoś inny na czwartych zajęciach dotknął brodą tam gdzie nawet nauczyciel jeszcze nie dotykał nawet w marzeniach.
Jedni czują się lepiej po pierwszych zajęciach, a po czwartych poprawiają im się wyniki badań. Inni wciąż czekają na rezultaty, a jeszcze inni się doczekali, a potem znów im się pogorszyło. Joga to nie test marshmallows ani przychodnia lekarska z tymi wszystkimi numerkami. Raczej wielka niewiadoma.
Czy w ogóle warto czekać? Czy warto w nią inwestować, jak to się ładnie teraz mówi? Ponosić koszty? Czasu, energii no i pieniędzy też?
Ostatnio sobie pomyślałam, że tak. Tak, bo doświadczyłam santoshy. I bo spotkałam w szatni Alicję, która wróciła i powiedziała, że warto było wrócić. I pomyślałam, że joga to taki fundusz inwestycyjny z wcale nie gwarantowaną stopą zwrotu, czy jak to się mówi, ale jednak jakoś… gwarantowaną. Tysiące lat tradycji. Miliony praktykujących. Raz na jakiś czas ktoś wstaje z savasany z uśmiechem. Raz na jakiś czas ktoś doznaje olśnienia czy uzdrowienia. I mówi po zajęciach „dziękuję” – właściwie nie wiadomo, do kogo.
Trudno wyczuć, jak i kiedy joga zadziała, ale myślę sobie, że warto zaufać. Jeśli czemuś warto zaufać, to właśnie jodze, która jednak ma tradycję. OK, nie wiadomo, kiedy i czy, i czego konkretnie się doczekamy, ale gdy będziemy przeskakiwać z jednej metody w drugą, z zumby na crossfit, z psychoterapii dynamicznej na Gestalt, z apartamentu przy Złotej do chatki w Bieszczadach, z jednego związku w drugi, jeśli nie uzbroimy się (jak wojownicy!) w cierpliwość… to możemy się nie doczekać powodu do „dziękuję”.
Ale z drugiej strony, oczywiście, możemy się też doczekać. Hm. Nie wiem.

Agnieszka Passendorfer
aga.passendorfer@gmail.comPraktykuje i uczy w Yoga Republic. Kocha czytać i pisać. Autorka książek „13 lekcji jogi”, „10 lekcji jogi. Jamy i nijamy w codziennym życiu”, „13 lekcji miłości” i "Czakry". Współzałożycielka platformy
Omline.Expert. Stara się być dobrą mamą, partnerką, przyjaciółką, nauczycielką i uczennicą.