Trzynaście
28/09/2017
Trzynaście.
Tyle osób przyszło na ostatnie zajęcia grupy początkującej we wrześniu, chociaż na liście mam ponad trzydzieści, a na jednych zajęciach było nas z trzydzieści pięć.
Z mojej perspektywy wygląda to następująco. Przychodzi jesień i wiele osób myśli sobie tak:
Chcę zrobić dla siebie coś dobrego, więc zapiszę się na jogę. Joga jest modna. Zapisze się, bo wykańcza mnie stres. Bo jest fajny dzień otwarty. Bo na jogę chodzą tu piłkarze, w tym jeden bardzo popularny, więc coś w tym musi być. A czasem zapiszę się dlatego, że sam jestem piłkarzem i zazdroszczę temu bardzo popularnemu i chcę strzelać gol za golem jak on. Albo, zapiszę się na jogę, ponieważ „I’m sick and tired of being sick and tired”. Zaczynam od września, zaczynam symbolicznie od stycznia, chcę coś zmienić w życiu, bolą mnie plecy, chcę schudnąć, wyjść z depresji… Zapisuję się na jogę, bo chcę mieć święty spokój.
Święty spokój przyjdzie. Święty spokój oraz wiele innego dobrego, co według Patandźalego, niekoniecznie powinno być celem jogi samym w sobie. Tak, z czasem Twoja waga stanie się optymalna, tak, z czasem zaczniesz robić te trudne asany, które oglądasz na Istagramie lub innym Facebooku. Święty spokój przyjdzie. Tylko, aby to mogło się zadziać, najpierw trzeba się skonfrontować z własnym niepokojem. Z tym, że trzeba będzie jednak coś z siebie dać, powzmacniać to, co słabe, rozciągnąć, to, co spięte i zbite. Zrobić kija. Bardzo dużo kijów. Z tym, że ćwicząc jogę miałyśmy wyglądać jak megalaski, które widziałyśmy w internecie a tymczasem sapiemy spocone i czerwone, i jakoś końca nie widać. A chłopak na macie obok nakapał małą kałużę potu. Czasem ktoś wzywa Pana Boga wcale nie nadaremno, pod nosem lub całkiem głośno wymawiając jego imię w chwilach wzmożonego wysiłku, a Pan Bóg widzi te kije, te powitania słońca i jakoś nie grzmi, ani nie schodzi z niebios, by poratować od tych lotosów i oddychania oddechem astmatyka…
Możesz poczuć się wystrychnięta/y na dudka, bo okaże się, że joga (a już na pewno nie ashtanga) to nie ten kadr, który widziałaś/eś na amerykańskim filmie, gdzie młodzi szczupli ludzie siedzieli „po turecku” z zamkniętymi oczami i jakoś tak ładnie wyglądali. Okaże się, że skutków kilkunastu lub nawet kilkudziesięciu lat złej diety nie da się odczarować miesięcznym karnetem na jogę (a już na pewno, gdy będzie siedział zapomniany w portfelu). I że źle się poczujesz, gdy zapalisz pod szkołą ukochane Marlboro, a jeszcze gorzej, gdy poprzedni wieczór był wieczorem degustacji trunków. Oraz, że na macie będą się ujawniać wszystkie nawyki oraz schematy zachowań. Takie małe i trochę większe demony jak niekończenie tego, co zaczęliśmy, lenistwo, brak wytrwałości i wiary we własne siły.
***
Więc zastanawiam się, kogo zobaczę na jodze w październiku. Do kogo trafiła joga i mój sposób przekazu. W czyim krwiobiegu popłynęła ashtanga, kogo zainspirowały moje jogowe bajki, wspólne śpiewanie ragów i mantr. Kto podłapał moje poczucie humoru i „the power of love”. I już się cieszę, bo wiem jak wiele mogę dać tym, którzy będą potrafili to wziąć.

Ania Chomczyk
ania@bosonamacie.ple-mail: ania()bosonamacie.pl
Ćwiczę jogę od ponad 20 lat. Przez lata regularnie podróżowałam do Indii, aby poznawać ten niesamowity kraj oraz uczyć się jogi u źródła. Nadal kontynuuję moje jogiczne studia pod okiem najlepszych nauczycieli na świecie.
Studiowałam amerykanistykę na UW, a w 2016 r. na Uniwersytecie SWPS (kulturoznawstwo) obroniłam doktorat dotyczący jogi.
Pobieram lekcje klasycznego śpiewu Karnataki u Ranjini Koushik. Chętnie maluję i w styczniu 2021 r. zostałam certyfikowaną nauczycielką malarstwa intuicyjnego, Vedic art. Obecnie poszerzam moje kompetencje o terapię mięśni dna miednicy wg metody Bebo. Kocham Himalaje. Jestem mamą małego Felixa.
Joginka w podróży
Facebook: Joginka w podróży
Instagram: Joginka w podróży