Podglądacze
15/06/2017
– Kiedy ktoś na ciebie patrzy, zachowujesz się inaczej, lepiej – mówi Mae, bohaterka filmu „The Circle. Krąg”. Kradnie kajak, wypływa na morze, prawie traci życie. Na szczęście okazuje się, że ktoś na nią patrzy, więc ratuje jej to życie. Może gdyby wcześniej wiedziała, że ktoś na nią patrzy, nie ukradłaby kajaka i nikt nie musiałby jej ratować, ale… nieważne, nie o tym chciałam pisać.
Film, kto widział ten wie, jest trochę o inwigiliacji i trochę o ekshibicjonizmie. O tym, że inni patrzą i że my chcielibyśmy, żeby patrzyli i chcielibyśmy patrzeć na innych.
Facebook, Runtastic, plotek.pl, kamery w przymierzalniach i Wielki Brat mocno nam to ułatwiają. Trochę od nas zależy, jak ustawimy sobie granice prywatności i jak mocno naruszymy prywatność innych, a trochę nie, ale… nie o tym chciałam pisać.
Więc o czym? O tym, że chyba jesteśmy lepszymi ludźmi i nie kradniemy kajaków, gdy ktoś patrzy. I że chyba jesteśmy lepszymi ludźmi i sumiennie robimy 10 oddechów w uttplutih, gdy ktoś patrzy.
Tak (w pewnym sensie) uważa Basia Lipska, nauczycielka ashtangi, u której robiłam kiedyś kurs instruktorski. Uważa, że dlatego przychodzimy na zajęcia mysore do szkoły jogi, zamiast praktykować w domu, żeby ktoś na nas patrzył. Wygodniej jest rozwinąć matę obok łóżka niż wsiadać w metro, pewnie też taniej i mniej czasu to zajmuje, ale wielu z nas (w tym ja) woli szkołę.
Z wielu powodów. W szkole nie ma łóżek i nie trzeba uważać, żeby nie zahaczyć stopą o mebel. Nie ma kota do ogarniania. Nie ma córki, która pyta, gdzie się podziały jej pastele. Suche pastele.
Chodzi też o klimat, atmosferę, czy – jak kto woli – energię. Oczywiście, chodzi też o nauczyciela i korekty, ale… kto praktykuje mysore regularnie, wie, że czasem te korekty nie nadchodzą, albo najwyżej jedna albo dwie na godzinę, albo (to rzadko, ale też się zdarza) nic nie wnoszą.
– I tak warto było przyjść – twierdzi Basia. – Żeby ktoś na nas patrzył.
Zastanawiam się, jak bardzo to jest jogowe. Jak to się ma do drishti i koncentracji? Jak to się ma do ego i potrzeby rywalizacji? I pokusy, by zaimponować przystojniakowi, który ćwiczy matę obok (hej! żartowałam!). Jak to się ma do jogi generalnie? Czy ona nie jest po to, by mieć uwagę skierowaną do wewnątrz, praktykować dla siebie, nie dla innych?
Otóż nie, stwierdzam po namyśle. Żyjemy w relacjach. Nikt nie jest samotną wyspą, nie żyjemy w bańce próżniowej, jesteśmy zwierzętami stadnymi, ble, ble, ble… Praktykujemy dla siebie, ale też dla świata. Dla kota, córki i przystojniaka. Po to, by się rozwijać, menedżerować stresem, być zdrowym, silnym i elastycznym – psychicznie i fizycznie. Dla siebie, ale też dla świata. Dla tych, z którymi mieszkamy, pracujemy, jeździmy metrem i na których głosujemy. I z którymi praktykuję.
I działa to w obie strony, jak to w relacjach. Zależy mi na tym, by inni się rozwijali i uczyli menedżerować stresem (na przykład ten pan w warzywniaku, który dzisiaj na mnie nakrzyczał w temacie fasolki…). I zależy mi na tym, żebym ja się rozwijała. A rozwijam się lepiej, gdy ktoś na mnie patrzy – przynajmniej czasami. Dlatego nie rozłożyłam dzisiaj maty koło łóżka, tylko poszłam na mysore do szkoły jogi. Jutro też pójdę. I nie ukradnę kajaka.

Agnieszka Passendorfer
aga.passendorfer@gmail.comPraktykuje i uczy w Yoga Republic. Kocha czytać i pisać. Autorka książek „13 lekcji jogi”, „10 lekcji jogi. Jamy i nijamy w codziennym życiu”, „13 lekcji miłości” i "Czakry". Współzałożycielka platformy
Omline.Expert. Stara się być dobrą mamą, partnerką, przyjaciółką, nauczycielką i uczennicą.