Miłość według joginki
14/02/2017
Hmm. Zacznę od końca. A raczej trochę z boku… Rok temu byłam na warsztatach Andrei Lutz. Rozmowa zeszła na drugą serię ashtangi. Tę, która czyści układ nerwowy. Zaczęliśmy się dzielić wrażeniami i te wrażenia doprowadziły do konkluzji, że każda kolejna pozycja po setubandhasanie to wyzwanie dla naszych partnerów.
– Tak, druga seria mocno miesza w związku – przyznała Andrea.
A ja przyznaję jej teraz rację. Nie tylko dlatego, że już nie jestem z tym mężczyzną, z którym pojechałam wtedy na jej warsztat. I nie tylko z powodu drugiej serii. Joga w ogóle miesza w związku.
Praktyka rozwiązuje nam supełki na nadhich (kanałach energetycznych, biegnących w ciele), tak by prana mogła krążyć swobodnie. Te supełki to nasze przekonania, schematy, przyzwyczajenia, wyślizgane w mózgu ścieżki, nałogi psychiczne, informacje, niekoniecznie prawdziwe, zasejwowane bez sensu… zanim się rozsupłają, trochę boli. A gdy już się rozsupłaja, mogą tez rozsupłać związek. Taki, w którym już nie chcemy być, bo okazuje się, że nigdy nie byliśmy w nim sobą. Byliśmy tą zasupłaną istotą, pełną przekonań nienaszych i nienaszych nałogów.
Joga, praktykowana regularnie, pozwala nam dotrzeć do autentycznego „ja” a potem… i to jest mega!… to „ja” polubić. Dzięki jodze zachowujemy ego w zdrowych rozmiarach, dystansujemy się od lajków na Facebooku, metki na dżinsach, modelu iPhone’a. Nie zależy nam już na tytule „córeczki tatusia”, „Perfekcyjnej pani domu”, czy „Idola”. Nie musimy być samcem alfa ani miss zielonej szkoły, żeby dobrze czuć się w swoim życiu. I w swoim związku. To jest cudne.
Mniej cudne: w pewnym momencie (być może właśnie po setubandhasanie), może się okazać, że ta była miss zielonej szkoły nie musi być z byłym (lub obecnym) samcem alfa żeby dobrze czuć się w swoim życiu. A nawet lepiej czuje się bez niego (i/lub on bez niej).
Na początku boli, jak rozwiązywanie supełków na nadhich, ale gdy proces już się dokona – jest spoko. Możemy wejść w nowy związek bez żadnego tytułu, bez maski, bez pseudonimu. Albo nie wejść. A przede wszystkim możemy być. Bo joga nie tylko czyści nam nadhi, nie tylko pozwala nam dotrzeć do swojej autentyczności i ją polubić, joga uczy też obecności, tam gdzie akurat jesteśmy. W każdej milisekundzie spędzonej na macie i poza nią, w swoim ciele, w swoim oddechu, w swoich doznaniach, ale też w świecie, którego jesteśmy elementem, i którego elementem są też inni ludzie. I inny ludź. No więc… konkluzja? Miłość wg joginki? Jest. Bo joginka jest w związku, jeśli jest. Niestety, tego samego wymaga od partnera 😉

Agnieszka Passendorfer
aga.passendorfer@gmail.comPraktykuje i uczy w Yoga Republic. Kocha czytać i pisać. Autorka książek „13 lekcji jogi”, „10 lekcji jogi. Jamy i nijamy w codziennym życiu”, „13 lekcji miłości” i "Czakry". Współzałożycielka platformy
Omline.Expert. Stara się być dobrą mamą, partnerką, przyjaciółką, nauczycielką i uczennicą.