Lot na Księżyc
13/12/2016
Moondaysy w jodze… Według ashtangowej tradycji nie praktykuje się asan w pełnię i nów. Dlaczego? A dlaczego w umowie o prace mamy 26 dni urlopu? A dlaczego po pięciu dniach w tygodniu mamy weekend? Po co pytać? Lepiej – odpoczywać.
Reguły są po to, żeby ich przestrzegać, albo żeby je łamać. Wybór należy do ciebie. Ja od jakiegoś czasu przestrzegam. Moondaysy mi się przydają. Nie do tego, żeby dać spokój ciału, ale raczej, żeby dać szansę głowie. W pełnię i nów budzę się o tej samej porze, co zwykle, czyli przed piątą. Zamiast jednak rozwijać matę, robię sobie kawę i wracam do łóżka. Otwieram laptopa, ogarniam rachunki, kończę zaległe artykuły, odpowiadam na mejle, opłacam obiady dla córki, zaglądam na Huffington Post albo Facebooka albo jedno i drugie. No i odważnie sprawdzam, co słychać na moim koncie bankowym. Po godzinie takich działań, nabieram poczucia, że panuję nad rzeczywistością i robi mi się lekko.
Ogarniam też siebie. W moonday zdarza mi się umalować paznokcie, nałożyć maseczkę na włosy, zrobić porządek w szafie, poleżeć w wannie, sięgnąć po depilator… I wtedy jeszcze dodatkowo nabieram poczucia, że panuję nad sobą. Robi mi się jeszcze lżej. Jakbym chodziła po Księżycu.
Dziękuję więc Bogu, światu, Pattabhiemu, wszystkim świętym, wszystkim odpowiedzialnym za moondaysy, że są. I z tej wdzięczności, lekkości jeszcze czasem sobie pomedytuję, zapalę świeczkę w intencji czy wypowiem życzenie. Bo podobno to, co sobie wymarzymy w pełnię i nów, ma dwukrotnie większe szanse na realizację. Żal nie skorzystać.

Agnieszka Passendorfer
aga.passendorfer@gmail.comPraktykuje i uczy w Yoga Republic. Kocha czytać i pisać. Autorka książek „13 lekcji jogi”, „10 lekcji jogi. Jamy i nijamy w codziennym życiu”, „13 lekcji miłości” i "Czakry". Współzałożycielka platformy
Omline.Expert. Stara się być dobrą mamą, partnerką, przyjaciółką, nauczycielką i uczennicą.