Kryzys w praktyce. I w teorii.
23/05/2017
Miałam nie pisać tego wpisu, bo mam kryzys. Ale postanowiłam napisać, bo mam kryzys. I że mam kryzys. Writer’s block. Yoga student’s block. Na szczęście nie human being’s block.Nie wiem, skąd się wziął, ani ile potrwa, ani czego się z niego nauczę.
Nie towarzszą mu jakieś dramatyczne wydarzenia off-the-mat, przeciwnie – w życiu prywatnym (i zawodowym też) wszystko układa mi się pięknie i przyjemnie. Tylko na macie jakoś mniej. Nie chodzi o to, że jakieś asany mi nie wychodzą (co to w ogóle znaczą „nie wychodzą?”). Ani, że jestem w słabej formie fizycznej (jestem zdrowa, silna i żadne przesilenie wiosenne mnie nie dopadło). Nie chodzi też o to, że nie chce mi się wstać. Nie, budzę się nadal bez budzika, rozwijając matę jeszcze czuję się OK, a block nadchodzi potem. Zaraz potem. Nudzę się, zniecierpliwi mnie własna praktyka i co chwilę myślę – „ile jeszcze tych asan zostało?”.
To trwa jakiś miesiąc już albo dwa. Praktykuję jogę od lat, więc wiem, że jest tego jakaś przyczyna i że nie wolno mi się teraz przerwać. Jestem w jakimś procesie. Muszę, jak ten szczur testujący leki na depresję testowany na depresję, pływać dalej. (Dla niewtajemniczonych – długi nawias, który wtajemniczeni mogą ominąć. Ten test wygląda tak (wyczytałam to w książce Łukasza Orbitowskiego „Rzeczy utracone”) – szczura karmi się jakimś poprawiacze nastroju i wrzuca do wody, takiej, że nie może z niej wyjść. Na podstawie tego, jak długo pływa, ocenia się poziom jego formy psychicznej. Tym lepsza, im więcej zwierzak ma motywacji, by długo utrzymać się na powierzchni i przebierać łapkami.
No więc ja na razie przebieram łapkami, bo mam motywację. Rozwijam matę, robię, ziewając z nudów, asanę za asaną i piszę ten wpis, mimo że nim też jestem już śmiertelnie znudzona i zastanawiam się, kiedy wolno mi skończyć. W przeciwieństwie do sekwencji ashtangi, tu nie ma takich precyzyjnych wytycznych, więc skończę zaraz uff. Konkluzją: kryzysy są nieodłącznym elementem praktyki (i życia). Kino McGregor pisze, że to rozwiązywanie supełków na nadhich (kanałach energatycznych), które powstały na skutek naszych błędów, toksycznego jedzenia, myśli, przyjaciół, karmy – joga rozwiązuje je i potem jest OK, energia płynie. Ale póki ta joga nasza ich nie rozwiąże, może być ciężko.
Mi nie jest ciężko, tylko nudno, więc to chyba jakiś węzeł gordyjski albo motek wełny zamotany przez kota, albo pierwsza próba zrobienia skarpetki na szydełku. Nie boli to rozsupływanie, tylko strasznie długo trwa.
Jak się skończy – napiszę o tym na blogu. Ja już moje nadhis wyjdą na prostą (a ja wraz z nimi), napiszę o tym na blogu. Jak już dowiem się, czego ten kryzys mnie ma nauczyć, napiszę, obiecuję, ostrzegam. Napiszę też po to, żeby móc zajrzeć sobie do tego wpisu, gdy zrobi się najpierw łatwo, a potem znów trudno (tak raczej będzie). Żeby przypomnieć sobie, jak to jest z tą praktyka (różnie). Bo gdy mam kryzys, gdy boli, albo gdy po prostu się nudzę, często zapominam, że wszystko mija. I wszystko nadchodzi. Jak mawiał Pattabhi Jois: Practice and all is coming…

Agnieszka Passendorfer
aga.passendorfer@gmail.comPraktykuje i uczy w Yoga Republic. Kocha czytać i pisać. Autorka książek „13 lekcji jogi”, „10 lekcji jogi. Jamy i nijamy w codziennym życiu”, „13 lekcji miłości” i "Czakry". Współzałożycielka platformy
Omline.Expert. Stara się być dobrą mamą, partnerką, przyjaciółką, nauczycielką i uczennicą.