Ile jeszcze do savasany?
18/04/2017
Zdarzyło ci się to kiedyś? Joga ledwo się rozpoczęła, a ty już marzysz o savasanie. Właściwie tylko po to się pojawiasz na macie, żeby położyć się w savasanie. Mam takie dni. A nawet takie tygodnie i miesiące. Już przy drugim powitaniu słońca wydaje mi się, że nie dam rady, nie mam siły, nie mam szans.
Co ciekawe, nigdy w życiu mi się to nie zdarzyło… żebym nie dała rady. OK, czasem muszę przystopować, odpocząć, wejść w jakąś asanę może nie tak głęboko, jakbym chciała, ale jeszcze ani razu nie było tak, żebym zrezygnowała w połowie czy wręcz na początku. Skąd więc te myśli? Nie wiem na pewno, ale mam pewne teorie…
W pewne dni po prostu brakuje nam wiary w siebie, w swoje ciało, w swoje zasoby energetyczne. W inne dni, brakuje nam wiary w jogę. Bo joga robi tak (i na jakimś poziomie to wiem), że z każdą asaną, z każdym oddechem, energii jest więcej, nie mniej, więc pomysł, że drugie powitanie słońca okaże się ostatnim, jest absurdalne, bo z każdym kolejnym wdechem, poziom prany wzrasta przecież nie maleje.
Być może jest taka praktyka, bardzo długa i kompletnie niedostosowana do naszych możliwości, przy której byśmy odpadli, ale te codzienne pierwsze czy nawet drugie i trzecie serie… raczej nie mają szans nas pokonać, jeśli praktykujemy zgodnie z tym, na co gotowe jest nasze ciało. A na co jest gotowe? No to przecież wiemy. Mamy tę wiedzę na bieżąco, bo od kiedy praktykujemy, na bieżąco mamy kontakt z ciałem. I nawet jeśli może nas trochę dzisiaj zaskoczyć lepszą/gorszą formą, to przecież nie aż tak. Nie aż tak, żeby potrzebny był lekarz na sali albo natychmiastowa savasana.
No więc o co chodzi z tym kryzysem w trakcie praktyki? Jak zwykle o głowę. O uciekanie w przyszłość. O to, że przy tym drugim powitaniu wydaje nam się, że do mostka jest tak strasznie daleko. Jeśli wyłączymy oczekiwania, wyobrażenia, kombinacje, po prostu i będziemy tu i teraz, z oddechem, z asaną, ze sobą, pokonamy kryzys w milisekundę. Wiem, bo sprawdziłam.
Wiem, że jest to czasem trudne, ale… działa. Czasem wspomagam się dodatkowo myślą: „Zawsze (na przykład wczoraj) dawałam radę, więc teraz też dam”. Pomaga mi też druga myśl, może i mało adekwatna w tej sytuacji, ale zasłyszana i zapamiętana, gdy studiowałam filozofię: „Czas nie istnieje”. I jeszcze trzecia myśl: „Savasana sama w sobie nie jest taka przyjemna. Jest przyjemna po praktyce”.
Więc, jeśli już kompletnie nie potrafię wyłączyć myślenia, trzymam sobie te trzy myśli w zanadrzu, na wszelki wypadek. I wiesz, co? Wiesz, bo już o tym napisałam. Nigdy jeszcze nie było tak, że pokonało mnie drugie powitanie słońca. Zawsze jakoś dooddychałam do mostka. I do savasany też 🙂

Agnieszka Passendorfer
aga.passendorfer@gmail.comPraktykuje i uczy w Yoga Republic. Kocha czytać i pisać. Autorka książek „13 lekcji jogi”, „10 lekcji jogi. Jamy i nijamy w codziennym życiu”, „13 lekcji miłości” i "Czakry". Współzałożycielka platformy
Omline.Expert. Stara się być dobrą mamą, partnerką, przyjaciółką, nauczycielką i uczennicą.