Fast life
4/04/2017
„Trzeba się zwijać jak w ukropie. Zmieniamy całodobowo świat na lepsze, nie ma mowy o odpoczynku, ciągle jesteśmy na stendbaju. Wytuaowałem sobie na bicepsie symbol definiujący moje ja i moje tu i teraz 24/7”. To cytat z „#upału” Michała Olszewskiego. Powieści, która troszkę naśmiewa z tego stendbaju. I coś tam sugeruje, że w jakąś pułapkę wpadliśmy, będąc ciągle online, dostępni, aktywni i zainteresowani wszystkim.
Tak, tak, naśmiewanie się z multitaskingu jest teraz w modzie. Przeróżni guru, ale też normalsi dla równowagi propagują slow life, mindfullness, minimalizm, detoks ciała i mózgu. Super. Super, ale… czasem slow się nie da. A nawet nie trzeba. Po urodzeniu pierwszego dziecka jeśli nie zrobiłam czegoś fast, to nie robilam wcale. Multitasking, timemenedżment i ADHD doprowadziłam do perfekcji. Jeśli chciałam i być matką, i joginką, i sobą, musiałam mieć kalendarz rozpisany co do minuty. Jeśli chciałam mieć kasę, czyste mieszkanie, lodówkę pełną zdrowego jedzenia i zdrowe relacje z mężem, dzieckiem, przyjaciółką, mamą i szefową, stendbaj 24/7 był jedyną opcją. Nie wstydzę się tego, bo dzięki temu jestem tu gdzie jestem. Wszystkie dzieci żyją i ja też. Bez poczucia straty, z umiarkowanym poczuciem winy i tylko czasem trochę zmęczona. I refleksją, że tego zmęczenie nie ma też tak na siłę unikać.
Ostatnio wzięłam do ręki magazyn, do którego piszę. I był tam artykuł. Mój. Dobry artykuł. I przypomniałam sobie, jak go pisałam… Z bohaterką spotkałam się pewnego dnia po 22.00, bo tylko o tej nieludzkiej porze miałyśmy czas. Byłam zmęczona już w trakcie rozmowy (wstałam tego dnia jak zwykle 4:54), ona pewnie też. Pisałam w weekend, autoryzowałam w biegu, tekst wyszedł świetny. Wiele fajnych rzeczy powstaje, gdy już właściwie jestem na granicy albo za granicą moich możliwości.
– Dopiero po czterdziestym pojawia się kreatywność – powiedziała kiedyś trenerka na warsztacie właśnie z kreatywności. Zadanie: wymienić cechy, jakie może mieć kot. Na „b”. Cechy na „b”, nie kot na „b”. Dopiero, gdy padną te wszystkie „biały, beżowy, brudny…” i 37 innych, pojawia się coś ciekawego. Mózg zaczyna pracować.
„Gdy wydaje ci się, że musisz już zejść, zrób jeszcze 3-4 oddechy” – to już nie trenerka kreatywności, ale nauczyciel jogi. Przemek Nadolny instruował tak kilka dni temu dziewczynę do stania na głowie. Kolejny dowód na to, że czasem najlepsza praca pojawia się dopiero wtedy, gdy wydaje nam się, że już więcej nie można.
Bo czasem fajnie jest slow. Fajnie jest dać sobie luz i przestrzeń, żeby pojawiło się coś ciekawego, jasne. Czasem jednak to fajne pojawia się w zmęczeniu i dyskomforcie i – nie bójmy się tego słowa – bólu. Gdy sięgamy do źródeł energii ukrytych naprawdę głęboko. Do tych, o których nawet nie wiedzieliśmy. Gdy uruchamiamy bandhy wtedy, gdy już wydaje nam się, że czas na savasanę. Gdy robimy 3-4 oddechy, choć oddechu brakuje.
Moja refleksja? Można być jednocześnie mistrzem slow life i multitaskingu. Przez całe przedpołudnie robić jedną rzecz na raz i naprawdę ją celebrować, a potem… w cztery minuty odhaczyć osiemnaście pozycji z listy rzeczy do zrobienia. Joga uczy równowagi. Joga uczy elastyczności. Joga uczy… korzystania ze swoich różnych umiejętności w rożny sposób, zależnie od sytuacji, z którą przecież… różnie bywa.

Agnieszka Passendorfer
aga.passendorfer@gmail.comPraktykuje i uczy w Yoga Republic. Kocha czytać i pisać. Autorka książek „13 lekcji jogi”, „10 lekcji jogi. Jamy i nijamy w codziennym życiu”, „13 lekcji miłości” i "Czakry". Współzałożycielka platformy
Omline.Expert. Stara się być dobrą mamą, partnerką, przyjaciółką, nauczycielką i uczennicą.