Biała kartka
21/02/2017
Od jogi można dużo wymagać, więc… wymagamy. Większość z nas przyszła na pierwsze zajęcia z jakimś żądaniem. Spokój zen albo bardziej elastyczne ciało. Moc Jedi albo tak zwany yoga bum. Lepszy nastrój albo lepsze życie. A najchętniej wszystko, bo… czemu nie? Skoro każdy kolejny iPhone ma coraz więcej funkcji, dlaczego nie wymagać dużo od jogi?
Tak, ja też wiele od jogi wymagałam. I wymagam. I wiele dostałam. I dostaję. Pierwsza seria ashtangi – tak zwana yoga chikitsa, czyli terapia jogą – poprawiła mi trawienie, spanie, nastrój, dodała siły i elastyczności. Druga seria – nadhi sh odhana, która ma czyścić układ nerwowy, wzmocniła mnie przede wszystkim psychicznie. Reasumując, gdyby nie joga, nie byłoby mi tak dobrze w życiu.
Nie znaczy to jednak, że joga może wszystko (iPhone też nie może). A czasem tak nam się wydaje. Mi się tak wydaje. Stąd moje totalne zaskoczenie, gdy tydzień temu wylądowałam u lekarza z zestawem niezbyt przyjemnych dolegliwości, które – teraz to dla mnie jasne – wynikały z niedospania, przepracowania i nieposzanowania swojego ciała. Wylądowałam po trzech dniach terapii naturalnych, medytacji, wizualizacji, negocjacji z ciałem, które prowadziłam coraz ostrzejszym tonem oraz… tak, jogi, która nie pomogła (nawet w zestawie z kurkumą i wodą utlenioną).
Lekarz mnie zaskoczył, wypisując na recepcie antybiotyk (ostatni brałam sześć lat temu z okazji usuwania ósemki…). Zaskoczył, wyjaśniając, jakie mam alternatywy. No i zaskoczyła mnie joga, że tym razem nie pomogła. Stałam więc osłupieniu z białą karteczką, a tam drobnym druczkiem nazwa tego okropnego lekarstwa, zastanawiając się co robić. I przypomniała mi się sytuacja z dzieciństwa. Do jakiejś szóstej klasie podstawówki byłam niezłą uczennicą. Nie, że same piątki, ale prawie. Dość inteligentna, raczej pilna, żadnych kontrowersyjnych opinii i wszystkie lekcje odrobione. Generalnie nie sprawiałam kłopotu. W pewnym momencie jednak ci, którym nie sprawiałam kłopotu (nauczyciele, rodzice, koledzy, którym dawałam ściągać…) zaczęli jakoś za bardzo na mnie liczyć. Za dużo wymagać.
W ramach buntu, eksperymentu, sama nie wiem, czego, zaczęłam więc oddawać na klasówkach czyste kartki. Nawet jeśli wiedziałam, co napisać. Sprawdzałam ich. Sprawdzałam siebie.
No i teraz poczułam, że joga sprawdza mnie. Wręczyła mi czystą kartkę (prawie, z nazwą antybiotyku…) w ramach buntu i eksperymentu. Pytając, czy przypadkiem za dużo od niej nie wymagam? Czy przypadkiem nie mogłabym się wysypiać, zdrowiej odżywiać i oddelegować trochę obowiązków? Nie zwalać wszystkiego na nią?
Poczułam się głupio. Bo joga rzeczywiście może dużo, ale może więcej, kiedy damy jej jakieś wsparcie. Nie, że rozwinę matę, zrobię wszystkie asany po kolei, nawet z uważnością i oddechem, ale potem, no… będę mało uważna przez pozostałe 22 godziny doby. Wtedy może się zbuntować. I żeby znów ją do siebie przekonać, nie wystarczy łyżeczka kurkumy ;-).

Agnieszka Passendorfer
aga.passendorfer@gmail.comPraktykuje i uczy w Yoga Republic. Kocha czytać i pisać. Autorka książek „13 lekcji jogi”, „10 lekcji jogi. Jamy i nijamy w codziennym życiu”, „13 lekcji miłości” i "Czakry". Współzałożycielka platformy
Omline.Expert. Stara się być dobrą mamą, partnerką, przyjaciółką, nauczycielką i uczennicą.