Joga nie zwalnia z mycia zębów
21/11/2018
Joga nie zwalnia z niczego. Choć na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że jest inaczej. W końcu joga jest czasem kojarzona z dążeniem do perfekcji. A jeśli nie do perfekcji, to przynajmniej do ciągłego samodoskonalenia. Różnie tę perfekcję czy samodoskonalenie można rozumieć. Jedni powiedzą, że dzięki jodze szukają połączenia z czymś, co wykracza poza codzienną ulotność i niedoskonałość materialnego świata. Dla innych celem będą perfekcyjnie wykonywane asany – perfekcyjnie, a więc lekko i płynnie, jak gdyby przeczyły grawitacji i ograniczeniom ludzkiego ciała. Pomimo tego, że te dwa cele wydają się bardzo odległe, łączy je jakaś niewypowiedziana tęsknota za niecodziennością. A skoro dążymy do niecodzienności, to może pewne codzienne obowiązki, rutynowe działania i zwyczaje „zwykłych” ludzi można pominąć, wziąć z nawias, na chwilę choćby zawiesić? Otóż nie można.
Podobnie jest zresztą z innymi sposobami na niecodzienność. Wielkie pasje, niespotykane talenty, nadzwyczajne umiejętności zawsze tworzą pokusę pójścia na skróty. Jeśli ktoś jest uzdolniony (lub mu się tak wydaje), szuka jak najpełniejszej możliwości samorealizacji w dziedzinie, w której talenty takie posiada. A więc codzienne czynności, które stoją mu na drodze wydają się przeszkodą, irytującą błahostką, rozpraszającą uwagę nieistotnością. Jeśli komuś na czymś bardzo zależy, chciałby na tym tylko się skupić, a nie na robieniu zakupów, zmywaniu naczyń, praniu, gotowaniu, nudnej pracy, grabieniu liści, itd. Lista oczywiście nie jest kompletna.
Można oczywiście wszystko podporządkować jednemu celowi, ale zwykle płaci się za to dużą cenę lub cenę tę płaci ktoś inny. Genialny matematyk może zajmować się tylko matematyką, jeśli ma szczęście trafić na kochającą żonę, która zajmie się domem, dziećmi i będzie dobierała mu do pary skarpetki. Wielka aktorka może żyć jedynie swoimi rolami, jeśli trafi się ktoś, kto zorganizuje za nią jej codzienność. W obu jednak przypadkach cenę za realizację talentów i pasji jednej osoby płaci ktoś inny. A i to do końca nie jest możliwe, bo są przecież takie rzeczy, które robić trzeba samemu – niezależnie od tego, jak jesteśmy wielcy wyjątkowi, utalentowani i niecodzienni. Mycia zębów delegować się nie da.
Żyjący na początku XX wieku autor jednego z najbardziej wnikliwych komentarza do „Jogasutr”, Hariharananda Aranya, spędził ostatnie 20 lat swojego życia zamurowany w jaskini. Tam medytując, próbował w praktyce realizować nauki Patañjālego i wyzwolić się z materialności. Przez mały otwór w ścianie edukował swoich uczniów, a ci podawali mu wodę i skromny posiłek. Aranya dokonał pewnego wyboru i zdecydował się zapłacić za niego cenę. Zrezygnował z życia pośród ludzi, z rodziny, dzieci i przyjemności życia. Pomimo tego, że pochodził z zamożnej rodziny, wyrzekł się bogactwa i komfortu. Zdecydował się poszukiwać prawdy i – jakkolwiek radykalną z naszego punktu widzenia drogę wybrał – w swoim postanowieniu wytrwał. Jednak nawet w tym przypadku nie był w stanie wyzwolić się do końca kontaktów z codziennością. Ktoś musiał mu podać kubek wodę i miskę ryżu przez otwór w zamurowanym wejściu do jaskini.
Ogromna większość praktykujących współcześnie jogę nie ma w sobie dość determinacji i siły, żeby pójść taką drogą, jak Aranya. Nie ma pewnie także takiej potrzeby lub nie uważa tego za konieczne czy w ogóle sensowne. Joga, która dotarła na Zachód jest jogą dla ludzi żyjących w społeczeństwie, mających rodziny, pracujących zawodowo, a więc zanurzonych po szyję w kąpieli (a czasem nawet kipieli) codzienności. Ma to swoje dobre i złe strony. Możemy korzystać z przyjemności i uroków świata, ale jednocześnie musimy zaakceptować towarzyszące nim zmienność, strach, stres i cierpienie. Musimy także pogodzić się z tym, że nasza tęsknota za niecodziennością będzie zawsze nie do końca zaspokojona. Czasem, jeśli dobre wiatry nam sprzyjają, możemy pozwolić sobie na miesięczny wyjazd do Mysore czy Puny, gdzie możemy skupić się wyłącznie na jodze. Innym razem uda nam się pojechać do jakieś uznanej nauczycielki czy nauczyciela na Goa, albo spędzić jakiś czas medytując w aśramie Himalajach lub ośrodku Vipassany pod Otwockiem. Prędzej czy później trzeba będzie jednak z takiego wyjazdu wrócić i pogodzić się z tym, że jedyny kontakt z tym, co niecodzienne i niezwykłe będziemy mieli na macie podczas naszej zwyczajowej, miejmy nadzieję, codziennej praktyki.
Może nie jest to zresztą takie najgorsze. W końcu niezależnie od tego czy ktoś jest buddyjskim mnichem, joginem-ascetą czy może raczej współczesnym miłośnikiem jogi pracującym na co dzień w jakieś mało jogicznej korporacji, żyjemy w materialnym, codziennym świecie i nie ma sensu się na to obrażać. Zanim więc w ten czy inny sposób zmienimy się w byt astralny, duchowy, czy po prostu delikatnie rozpłyniemy się w miękkim nieistnieniu, może warto docenić uroki codzienności? W końcu i tak mamy niesamowite szczęście, że np. dzięki jodze możemy czasem posmakować czegoś odrobinę choćby niezwykłego. Pozwala to nam czasem popatrzeć na pląsający wokół nas taniec codzienności nieco z boku i, doceniając w pełni jego urok i grację, uchwycić tę subtelną różnicę między tańcem samym a porwanym przez jego rytm tancerzem.
Nie ma więc wyjścia, zęby myć trzeba. Przy odpowiednim nastawieniu można nawet potraktować to jako formę medytacji. Nie jest to może sposób na osiągnięcie oświecenia, ale przynajmniej nasz dentysta będzie z nas dumny.

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".