Lustro jest ważne
7/11/2018
Nie tylko w jodze, ale w ogóle w życiu. Bo dobrze się czasem przejrzeć, krytycznie zobaczyć, co tam się znowu pomarszczyło, wypiętrzyło albo cofnęło, a co jeszcze całkiem, całkiem i na czym oko od biedy zawiesić można. Bez lustra się tego raczej nie dowiemy, no chyba że ktoś ma wysoce rozwinięty zmysł samoobserwacji i regularnie z niego korzysta, ale i tu przecież nie zawsze prawdziwych rezultatów możemy być pewni. W końcu – jak twierdził pewien uczony biskup – zmysły nas łudzą.
Bez lustra można bardzo łatwo popaść w samouwielbienie, które – jak się wokół rozejrzeć – wydaje się być dosyć powszechną przypadłością. Bez lustra także łatwo ciągle utwierdzać się w swoich przekonaniach – że są moralnie dobre, społecznie jedynie słuszne, logicznie nie do podważenia. Kiedyś nazywano to grzechem pychy, ale chyba już się o tym nie uczy, bo się może młodzieży z jakąś instytucją lub szacowną purpurą źle skojarzyć. Skoro nie pycha, zostańmy zatem przy bezdyskusyjnej pewności, niewzruszonej wierze lub niepodważalnej logice myślenia. Na jedno w końcu wychodzi.
Sporo tego na przykład w polityce. Szczególnie wśród ludzi, którzy nic innego w życiu nie robili. Zapisali się na studiach do jakieś młodzieżówki, nosili teczki za posłem albo karmili jego kota, a potem sami zostali posłami, ministrami lub bardzo ważnymi prezesami. Czasem takie osoby ratuje jeszcze mądra żona lub mąż, jakiś dawny kolega ze szkoły, ktoś z bliższej czy dalszej rodziny lub terapeuta. Przy odrobinie szczęścia – w takim przypadku prawdziwy to dar losu – osoba taka usłyszy: „Chłopie, co ty na miłość boską wyprawiasz?”, „Dziewczyno, czy ciebie już zupełnie pogięło?” albo „Co się z tobą do k… nędzy porobiło?”. To jest właśnie moc lustra. Pozwala ono wyjść z własnej, bezpiecznej bańki, na chwilę wziąć w nawias wszystko to, co wydaje się ważne, oczywiste i konieczne. Daje szansę (to nie tak dużo, ale też nie mało) zastanowić się, czy to, co się na co dzień mówi i robi jest faktycznie dobre i sensowne.
Lustrem może być także jakaś lektura, przypadkowy obejrzany film czy nie tak rzadka w końcu jednostka chorobowa, jak złośliwy losu przypadek lub bolesne doświadczenie życiowe. Gdy coś takiego nam się przytrafia, okazuje się, że na tą samą, zdawać by się mogło już jakoś obłaskawioną, rzeczywistość patrzymy innymi oczyma. I oto nieoczekiwanie zajadły neoliberał zaczyna rozumieć, że redystrybucja może mieć sens, zapalony mięsożerca zostaje wegetarianinem, a bezwzględny bankowiec zapisuje się na jogę lub kurs medytacji transcendentalnej. Ale nie tylko o radykalne przemiany chodzi. W końcu wartość lustra poznaje się także (a może głównie?) po tych codziennych, małych znakach zapytania, subtelnie dręczących wątpliwościach i delikatnym, lekko gorzkawym posmaku niepewności.
Dla praktykujących jogę lustro ma wielką wartość. Tym bardziej, że joga nieco zdradliwie w samouwielbienie wprawić może. W końcu zdrowo i etycznie się człowiek odżywia, regularnie matę potem skrapla, stara się być dobrym dla ludzi, samego siebie, zwierząt, roślin, środowiska naturalnego, układu planetarnego i wszystkich możliwych form istnienia energii. W dodatku jeszcze codziennie medytuje, więc trochę jakby miał taki sekretny numer kierunkowy do nieskończoności, w każdej więc chwili może po telefon sięgnąć i zadzwonić. W takich okolicznościach łatwo zanurzyć się po szyje w poczuciu bycia dobrym, wartościowym i przepełnionym miłością – trochę jak w jacuzzi, w którym ciepłe bąbelki muskają nam plecy, a nos pieści eteryczna woń paczuli albo drzewa sandałowego. Dzięki lustru zaś z takiego SPA trzeba od czasu do czasu wyjść i spojrzeć z nutką zdziwienia i rozpaczy, a może nawet odrobiną obrzydzenia, na swoje prawdziwe motywacje, dziwaczne nawyki, kuriozalne fiksacje i niczym niepoparte przekonania.
Dla kogoś, kto jogę praktykuje taką znakomitą okazją do spojrzenia w lustro są rozmowy i spotkania z osobami, które jogi nie znają lub uważają ją nawet za jakąś osobliwą formę obsesji doprawionej mocno orientalnym sosem. I nie chodzi tylko o pogłębione dyskusje czy iskrzące głębią argumentów intelektualne spory. Choć takie toczyć także można. Wartościowe są także te wszystkie lekko uniesione brwi, błyski zdziwienia w oku albo irytujące komentarze i pytania typu: „O boże, jak ty wyglądasz, czy ty coś w ogóle jesz?”, „A może paróweczkę, świeża, pyszna, prosto z kurczaka?” albo „A po co ty w ogóle takie rzeczy czytasz, czy to czasem nie sekta jakaś?” Za każdym razem, kiedy widzimy się w lustrze mamy bowiem okazję zobaczyć swoje reakcje na otaczający nas świat – nie w tej wersji upudrowanej, ale saute, bez makijażu i bez znieczulenia.
Mary Taylor powiedziała niedawno, że obowiązkiem nauczyciela jogi jest konfrontowanie się ze światem zewnętrznym, także tym nie-jogicznym. Jej zdaniem, dzięki takim kontaktom z osobami, które mogą nawet nie być jogą w ogóle zainteresowane, „…poszerzamy nasze pole widzenia i jesteśmy w stanie lepiej zrozumieć, jakie jest miejsce jogi w prawdziwym świecie”. Lustro jest więc dla nauczyciela jogi rzeczą ważną. Nie tylko dla nauczyciela zresztą, ale dla każdego, kto poważnie praktykę jogi traktuje. W końcu uczenie się i samopoznanie jest jednym z zadań jakie stawiamy sobie stając codziennie na macie. Jest to zadanie trudne i nie zawsze przyjemne. A ponieważ często wykonujemy je przed lustrem, wypadałoby jeszcze od czasu do czasu się uśmiechnąć.

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".