Joga 2.0
9/10/2018
Miałem sen. Jak mawiał poeta – „może nie całkiem senny”. Śniło mi się, że żyję w jakiejś bliżej nieokreślonej, ale chyba niespecjalnie odległej przyszłości i wybrałem się właśnie na jogę…
W recepcji mojej szkoły (budynek jakby ten sam, choć chyba nie do końca) powitał mnie hologram recepcjonistki, który (a może która?) próbował od razu namówić mnie do kupienia nowej generacji inteligentnych mat do jogi „Lulu QFlex 2.0”. Mata była faktycznie imponująca. Specjalne tworzywo, z którego była wykonana zmieniało kolor i wzór w zależności od rodzaju jogi, jaki się na niej praktykowało. Na przykład w przypadku yin jogi mata mieniła się niebiesko-szarymi odcieniami kwiatów lotosu, unoszącymi się leniwie na tafli górskiego jeziora. Dla amatorów power jogi na krwistoczerwonym tle w swoje frenetyczne pląsy ruszał tańczący Śiwa. Za dodatkową opłatą do maty dokupić można było zestaw zapachowy, przypominający w kształcie coś w rodzaju pamięci USB. Zestaw taki wtykało się do portu z boku maty i przy pomocy apki na smartphonie można było wybrać jeden z kilku tysięcy aromatów, który towarzyszyć ma nam podczas praktyki. Nie trzeba dodawać, że mata automatycznie regulował swoją przyczepność w zależności od wykonywanych na niej asan oraz stanu wilgotności stóp i dłoni.
Widząc moje wahanie, hologramowa recepcjonistka nęciła niestrudzenie, że jeżeli już dzisiaj taką matę kupię, nie dość, że dostanę 10% zniżki, to jeszcze dodatkowo będę mógł zapisać się na najnowszy model stroju do jogi o wiele obiecującej nazwie „No sweat. Just Yoga”. Zanim zdążyłem coś odpowiedzieć, hologramka zmieniła kolor włosów oraz kilka innych szczegółów swego wyglądu. Widocznie z analizy mojego profilu na Facebooku i historii wyszukiwania w Google oraz bacznej obserwacji ruchu moich gałek oczu wyszło jej, że nie do końca jest w moim typie. Zadowolona ze swego odświeżonego wcielenia i (zapewne) z mojej reakcji na nie, hologramka jednym ruchem palca wskazującego odpaliła wideo 3D z reklamą nowego stroju.
Przed moimi oczami roztoczył się widok na sielską, pustą plażę, chyba gdzieś w Tajlandii czy może na Bali, na której praktykowała odziana w „No sweat. Just Yoga” smukła i giętka joginka. Z gracją i bez wysiłku wykonywała pozycje, o których mogłem tylko pomarzyć, a sprzężony z reklamą skaner badał moje reakcje, dostosowując do nich treść reklamy w czasie rzeczywistym. Płynący z ekranu, miękki ale przekonujący głos zapewniał mnie, że ów kosmiczny strój opracowany został w oparciu o najnowsze rozwiązania bioniczne. Dzięki temu wspomaga praktykującego jogę, przejmując za niego część pracy w asanach, co czyni niedostępne dotąd pozycje łatwymi i przyjemnymi. Dodatkowo wbudowany w strój system wibracyjny przyspiesza spalanie tkanki tłuszczowej i poprawia jędrność skóry. Oczywiście, strój może mieć dowolny kolor oraz wzór, które można samemu modyfikować, aby „… twoja praktyka była tak samo unikalna, jak ty!”.
Starając uśmiechać się uprzejmie, powoli zacząłem wycofywać się w kierunki drzwi, kiedy hologramka podjęła desperacją próbę sprzedania mi wirtualnego nauczyciela jogi. Nie trzeba dodawać, że nauczyciel ów znał na wylot wszystkie rodzaje jogi, potrafił wykonać wszystkie możliwe asany, zaś jego/jej wygląd, głos oraz stopień asertywności i charyzmy można było dobierać przy pomocy specjalnej apki na telefon. Hologramka szczególnie zachęcała mnie do wypróbowania za darmo przez 15 dni wirtualnego awatara Krishnamacharii (wyjątkowo surowy, ale skuteczny) lub samego Śiwy (nic nie umknie jego trzeciemu oku). Widać z analizy wyrazu mojej osobowości wyszło jej, że potrzebuję raczej twardej ręki.
Kiedy już byłem w drzwiach wyjściowych, do szkoły weszła jakaś joginka, niosąc pod pachą matę Lulu QFlex 2.0. Hologramka natychmiast się rozdwoiła. Jej żeńska wersja już trochę rozpaczliwym głosem informowała mnie, że jeśli udostępnię adres szkoły na swoim profilu, może zaoferować mi za darmo napój energetyczny Patanjali o smaku wody kokosowej, którą można kupić wyłącznie w Mysore. Męska wersja hologramana, nawiasem mówiąc do złudzenia przypominająca Ryana Goslinga z dwudniowym zarostem, zajęła się nową ofiarą. Już na schodach usłyszałem, że holograman próbuje wcisnąć nowoprzybyłej jogince weekendowy warsztat ze stania na rękach w wirtualnej scenerii Marsa.
Nie wiem czy to był sen proroczy. Ale mam obawy, że faktycznie mógł być „…nie całkiem senny”. Jedno jest pewne – następnym razem przed snem, zamiast czytać Yuvala Harari, zrobię sobie pranajamę albo medytację.

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".