Pan Wiewiór i joga
22/08/2018
Miałem niedawno okazję gościć w moim ogrodzie na małej przekąsce kilku jogicznych przyjaciół. Cieszyliśmy się w miarę ładną pogodą i smakowaliśmy rozmaite wegańskie dania, gdy na trawniku tuż obok pojawił się pan Wiewiór. Dla wyjaśnienia – pan Wiewór pojawia się u mnie regularnie od czasu kiedy w kącie ogrodu wybujał krzak leszczyny. Można nawet powiedzieć, że zaanektował on ten teren na stałe, stoczywszy uprzednio srogi bój z bandą srok, które wcześniej wywalczyły sobie tu żerowisko w bezwzględnej wojnie z sójkami. Początkowo przyglądałem się walce pana Wiewióra bez specjalnych nadziei, bo sroki to bestie twarde i dobrze zorganizowane. Po kilku tygodniach okazało się jednak, że Pan Wiewiór wyszedł z tego boju zwycięsko i objął mój ogród w swoje posiadanie.
Współżycie z panem Wiewiórem ma swoje zalety. Jest to bowiem zwierzak bystry i zwinny. Miło obserwuje się go kiedy skacze z gałęzi na gałąź z gracją, o której mogą tylko pomarzyć cyrkowi artyści. Ma także tę ogromną przewagę nad srokami, że nie skrzeczy. Wiewiór jest z natury cichy, co odpowiada mojej naturze, choć jest to cichość nie mająca nic wspólnego potulnością, o czym przekonała się pewnie niejedna sroka. Pan Wiewiór ma jednak pewną wadę. Ponieważ wokół rośnie wiele dębów, objada się on żołędziami, a czego już spożyć nie może zakopuje na później na moim trawniku. Tak oto regularnie muszę zmagać się ze wschodzącym w całym ogrodzie dębowym zagajnikiem, bo pan Wiewiór pamięć ma raczej słabą i zakopane żołędzie prędzej czy później dziarsko wypuszczają liście.
Kiedy więc tak siedzieliśmy sobie z moimi jogicznymi przyjaciółmi, na trawniku pojawił się pan Wiewiór i zaczął kopać dziurę, żeby schować przyniesiony w pyszczku żołądź. W kąt natychmiast poszły nasze wegańskie dania, uczone rozmowy o Jogasutrach oraz plotki o nieobecnych znajomych i wszyscy skupili się na naszym rudym kopaczu. Opowiedziałem oczywiście całą jego historię, nie pomijając żadnych szczegółów, dotyczących bohaterskich dokonań pana Wiewióra i jego szlaku bojowego. Szczerze także podzieliłem się kłopotem, jaki mój współlokator sprawia oraz opisem moich zmagań z dębowymi odrostkami. I tu okazało się, że na jogicznych przyjaciół można zawsze liczyć.
Moi goście oczywiście nie rzucili się na pana Wiewióra, żeby go złapać i wysiedlić. W końcu joginów obowiązuje zasada niekrzywdzenia (ahimsa), więc pewnie nawet przez myśl im to nie przeszło. Pomimo swojej porannej praktyki sprawiali zresztą wrażenie nieco ociężałych, co mogło mieć jakiś związek z naszym (nie ukrywajmy tego faktu) obfitym posiłkiem. Nie byliby więc pewnie w stanie nieokiełznanej wolności pana Wiewióra zaszkodzić. Rozpoczęliśmy natomiast niezwykle intrygującą i bardzo jogiczną rozmowę o tym, do kogo właściwie należy „mój” ogród.
W końcu – pomimo odpowiednich zapisów w księgach wieczystych – mój ogród jedynie czasowo należy do mnie, a i to też nie do końca. Mogę go pielęgnować, podlewać, chwasty wyrywać, trawę podcinać, liście grabić. Mogę korzystać z jego uroków, obserwując zmagania sójek ze srokami i srok z panem Wiewiórem. Chroni mnie on swoim cieniem w lecie. Użycza swoich słonecznych miejsc na wiosnę i jesienią. Obdarowuje mnie czasem upajającym zapachem wilgoci, niekiedy butwiejących liści lub młodej, świeżo skoszonej trawy. Jednak na tym moja relacja z moim ogrodem właściwie się wyczerpuje. Jestem nie tyle jego właścicielem, co ogrodnikiem – kimś, kto pielęgnuje go dla kogoś w przyszłości. W tym sensie pan Wiewiór ma podobne prawo do zakopywania swoich żołędzi, jak ja do leżenia w cieniu lipy. W końcu wywalczył ten teren od srok i sam zebrał żołędzie, a więc dlaczego nie. Może zresztą jakiś jego odległy przodek zakopał żołądź, z którego wyrósł ten dąb u sąsiadów? Trudno więc powiedzieć, kto był na tym terenie pierwszy i kto wywarł na nim większe piętno.
Tak oto (dzięki panu Wiewiórowi) nasze jogiczne spotkanie, które w założeniu miało być poświęcone jedzeniu i luźnym pogaduchom, przekształciło się w dyskusję o ważnym dla hinduizmu, dżinizmu, ale także jogi pojęciu jakim jest Aparigraha – czyli brak zaborczości lub nieprzywiązywanie się do rzeczy materialnych. Po chwili jednak, kiedy pan Wiewiór swój żołądź już zakopał, wróciliśmy do nieskończonych jeszcze dań. W końcu nie samą teorią jogin żyje.

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".