Joga na sterydach
15/08/2018
W pracy i w życiu często się ścigamy. Z celami, które sobie wyznaczyliśmy lub które ktoś nam wyznaczył. Z wyobrażeniami o sobie i o tym, jacy być powinniśmy. Z oczekiwaniami rodziny, znajomych i przyjaciół wobec nas. Z innymi, których uznaliśmy za wzór i model do naśladowania. Chcąc nie chcąc czasem podejście takie przenosimy na praktykę jogi. Stajemy zatem na macie z jakimś konkretnym celem. Na przykład, że dzisiaj wreszcie uda nam się stanąć na głowie, bądź na rękach – cokolwiek tam nam akurat nie wychodzi. Albo postanawiamy, że do końca roku będziemy uparcie pracować nad wygięciami do tyłu, żeby wreszcie zrobić mostek z taką gracją i lekkością, jak sąsiadka z maty obok. Czasem z taką właśnie intencją przyspieszania postępów w jogicznej praktyce jeździmy na rozmaite warsztaty, szukamy coraz to nowych nauczycieli, oglądamy filmiki szkoleniowe na YouTube, zwiększamy liczbę minut spędzanym na macie. Zaczynamy wtedy traktować asany jako cel do zrealizowania i niepostrzeżenie uprawiamy coś w rodzaju jogi „na sterydach”.
To intrygujące, jak metoda pomyślana jako droga do m.in. uspokojenia naszego rozedrganego umysłu może zmieniać się kiedy zostanie zastosowana w innym kontekście kulturowym. Co prawda Patanjali sam twierdził, że osoby mocno zaangażowane w praktykę szybciej osiągną swój cel (JS I:21), ale raczej nie miał na myśli biegłości w fizycznej praktyce asan. A na pewno nie chodziło mu o stawianie sobie targetów w praktyce jogi i mierzenie jej postępów np. elastycznością odcinka lędźwiowego kręgosłupa czy siłą ramion. Tego typu podejście wydaje się bardziej kreować poruszenia umysłu (citta vrtti) niż prowadzić do stanu ich wyciszenia. Podobnie gdy praktykujemy inne narzędzia jogi, jak choćby pranajamę czy medytację, stawianie sobie jakiś konkretnych, mierzalnych celów nie tylko nie będzie pomagać, ale wręcz przeszkadzać. Trudno zresztą wyobrazić sobie sensowną praktykę pranajamy, podczas której zakładamy sztuczne (siłowe niejako) wydłużenie oddechu lub jego zatrzymanie o kilkanaście sekund dłużej, tylko po to, żeby pobić wczorajszy rekord. Natomiast medytacja, której towarzyszy tkwiąca gdzieś w tyle głowy intencja, żeby dzisiaj medytować dłużej o 5 minut niż wczoraj, wydaje się być zaprzeczeniem samej swej istoty.
Są takie rzeczy w życiu, które nie bardzo nadają się do jako przedmiot wyścigów. Kiedy rozkoszujemy się dźwiękami pięknego muzycznego utworu, naszej głowy nie zaprząta przecież pytanie, czy jakiś inny muzyk nie wykonał go szybciej. Kiedy próbujemy wykwintnego dania w restauracji nie interesuje nas czy kucharz starał się dzisiaj trzy razy bardziej niż tydzień temu. Gdy natomiast odczuwamy szczęście i radość z bliskości kochanej osoby, nie jest dla nas w najmniejszym stopniu ważne, czy jest to radość większa niż wczoraj i czy sąsiad z przeciwka odczuwa podobną radość głębiej lub bardziej duchowo niż my. Nawiasem mówiąc, samo życie także nie bardzo nadaje się do ścigania, bo mało komu chyba zależy, żeby być na mecie przed pozostałymi znajomymi.
Takim doświadczeniem, w którym wyznaczanie celów i ściganie się z nimi nie jest specjalnie sensowne, jest również joga. Można posiąść wielką biegłość w wykonywaniu zawansowanych asan, ale można także robić kilka powitań słońca. Można praktykować codziennie po dwie godziny, ale można także ograniczyć praktykę do niezbędnego minimum. Można mieć elastyczne i silne ciało, ale można także tej elastyczności i siły mozolnie i w pocie czoła poszukiwać. W każdym z tych przypadków o jakości, autentyczności i skuteczności praktyki decyduje jedynie nasze wewnętrzne doświadczenie dokładnie w tej chwili kiedy jesteśmy na macie. Jest to wyłącznie nasze doświadczenie, nie do końca komunikowalne i możliwe do zobiektywizowania. Nie jest więc specjalnie celowe porównywanie go z zewnętrzną praktyką sąsiada na macie. Ocenianie naszej wewnętrznej praktyki, która dzieje się teraz z punktu widzenia przeszłości czy przyszłości także nie ma większego sensu. Przeszłe doświadczenia nie są dobrą miarą doświadczeń teraźniejszych, bo przeszłość – jakby ważna nie była – nie determinuje przecież naszej teraźniejszości. Robienie planów na przyszłość i ściganie się z nimi również nie specjalnie pomaga, bo kiedy ta wymyślona przyszłość przekształci się w teraźniejszość, będziemy przecież już snuli kolejne plany. W ten sposób nigdy nie będziemy w stanie odetchnąć z ulgą i powiedzieć sobie, że wreszcie osiągnęliśmy swój jogiczny cel.
Podobno kiedyś uczeń zapytał mistrza Zen – „Mistrzu, ile lat zajmie mi osiągnięcie oświecenia, jeśli będę praktykował jak dotąd?” „10 lat” – opowiedział mistrz. „A jeśli będę się bardziej starał i praktykował cały dzień?” – drążył temat uczeń. „Cóż, wtedy” – odrzekł mistrz – „zajmie ci to 20 lat”. Może więc nie opłaca się zbytnio praktykować jogi na sterydach.

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".