Nie trzeba rozumieć wszystkiego
25/07/2018
Uczenie się nowych rzeczy zawsze stanowi wyzwanie. Uczenie się jogi także. A może nawet szczególnie, bo w tym przypadku nie chodzi tylko o opanowanie nowej terminologii, zrozumienie pewnej wizji świata, ale także o poznanie czegoś w sensie bardzo namacalnym – bo cielesnym, emocjonalnym i duchowym. Może słowo poznanie może nie jest do końca odpowiednie, bo praktykując jogę bardziej odkrywamy niż poznajemy? W końcu Kolumb nie poznał, a tym bardziej nie wynalazł Ameryki. Ona istniała w pełnej swej krasie na długo wcześniej, zanim jego statki wypłynęły w morze. On po prostu odkrył jej malutki kawałek i to w dodatku niechcący, bo w końcu szukał drogi do Indii. Także w jodze odkrywamy pewne rzeczy o sobie, które były dotychczas pochowane, często misternie maskowane grubą warstwą starych przyzwyczajeń i przekonań.
Dlatego w jodze nie trzeba wszystkiego rozumieć od razu. Nie trzeba nawet wszystkiego rozumieć w ogóle. Na początek wystarczy próbować rozumieć trochę. Przypomina to nieco pisanie testów. 100 na 100 na egzaminie ma się wyjątkowo rzadko – w jodze raczej nigdy. Ale skoro maturę z matematyki zalicza wynik testu na poziomie 30%, to chyba można założyć, że również w jodze 30% to całkiem sporo.
Taka przestrzeń nierozpoznana jest zresztą dobra. Intryguje i motywuje do dalszej eksploracji. Skłania do wykonania kolejnych kroków, zajrzenia trochę dalej, żeby sprawdzić, co jest za rogiem. I to nic, kiedy okazuje się, że za rogiem jest kolejny świat – terra incognita, zupełnie nowy ląd czy choćby ziemia nie całkiem jeszcze rozpoznana. To dobra wiadomość.
Ktoś, kto praktykuje jogę, powinien mieć coś z Kolumba. Powinien być gotowy na odkrywanie i eksplorowanie, na żeglowanie bez mapy. Kiedy się bez mapy żegluje, kiedy porusza się po nowym terenie, zwiększa się możliwość popełniania błędów. Trzeba czasem zawrócić do punktu wyjścia, zrobić krok w tył, żeby umożliwić zrobienie dwóch kroków do przodu. Ale to dobrze. Bez zaakceptowania możliwości błędu, nie sposób się uczyć i poznawać siebie. Choć pewnie dobrze jest także uważać, żeby zupełnie nie pobłądzić w jakiś chaszczach kolczastych, które lubią sobie na bezdrożach wegetować.
Nie wszystko powinno być jasne i czytelne od początku. Dobrze to od razu polubić, bo to przyspiesza proces uczenia. Im mniej umiemy, tym bardziej wydaje nam się, że rozumiemy na czym „to wszystko” polega. To taka premia początkującego, błogosławieństwo nieuświadomionej niekompetencji. Im więcej wiemy (lub wydaje nam się, że wiemy), tym bardziej obraz się komplikuje. Pojawia się głębia perspektywy, odcienie kolorów, gradacje szarości. Zaczynamy rozumieć ogrom naszej niewiedzy i niekompetencji. Niekompetencja uświadomiona uczy pokory i może być pierwszym krokiem do rozpoczęcia prawdziwej nauki.
Właściwie postawa Kolumba nigdy się nie kończy. Bo to nie jest tak, że odkrywamy nowy ląd, zasiedlamy go, udomawiamy i możemy się zrelaksować, do pełnej przewidywalności wygodnie przyzwyczaić. Jesteśmy zawsze w podróży, w ciągłym procesie zmiany i nie osiągniemy pewnie stanu, w którym odkryjemy już naprawdę wszystko. Każdy kto kocha podróżowanie zrozumie to zresztą doskonale. To wielkie nieporozumienie, że wszystko już zostało odkryte, opisane i poznane. Każda podróż, nawet w to samo miejsce, daje nam coś nowego, czegoś innego uczy. Każdego dnia, kiedy rozwijamy matę, wyruszamy w naszą prywatną drogę do odkrycia „nowego świata” i prędzej czy później warto nauczyć się to akceptować.

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".