Joga dla zapracowanych
11/07/2018
Mój kolega postanowił zacząć praktykować jogę. Właściwie powinienem napisać „stary kolega”, bo znamy się parę ładnych lat, ale jakoś niespecjalnie przymiotnik ten pasuje do kontekstu. W końcu, skoro mój kolega zdecydował się na taką zmianę w swoim życiu, znaczy, że czegoś szuka, chce się uczyć i jest otwarty na nowe doświadczenia. Nie jest więc stary, tylko młody – przynajmniej duchem, a to w końcu jest chyba nawet ważniejsze w naszych burzliwych relacjach z własnym PESELem.
Mój kolega jest człowiekiem dobrze poukładanym i ma wieloletnie doświadczenie w zarządzaniu projektami o dużej wartości w kilku międzynarodowych korporacjach. Przystąpił więc do realizacji swego zamiaru bardzo profesjonalnie. Po pierwsze, zrobił solidny „research” w Internecie na temat różnych stylów jogi i przygotował sobie szczegółową tabelę ilustrującą to, jakie są miedzy nimi różnice. Po drugie, poradził się wujka Googla w sprawie lokalizacji szkół jogi i skalkulował, gdzie najprościej i najszybciej będzie mógł dojeżdżać. Po trzecie, przeanalizował gruntownie dostępny w sklepach internetowych sprzęt (maty, ubrania, paski, klocki, itd.), zapoznał się z opiniami na jego temat na odpowiednich portalach i wstępnie dokonał wstępnego wyboru. Po czwarte, postanowił zasięgnąć opinii znajomych, którzy sami jogę praktykują, żeby dodatkowo dopytać o parę szczegółów. Mówiąc krótko zrobił solidne rozpoznanie rynku.
W ramach tego właśnie rozpoznania wylądowaliśmy w kawiarni, gdzie sącząc latte mieliśmy okazję nie tylko porozmawiać o „starych dobrych czasach”, ale także o jodze. Chociaż właściwie bardziej przypominało to nie tyle rozmowę, co długą listę pytań, na które mniej czy bardziej sensownie próbowałem odpowiedzieć. I wcale nie narzekam ani nie podchodzę z ironią do drobiazgowych przygotowań, które przed rozpoczęciem praktyki jogi postanowił zrobić mój znajomy. Cenię sobie ludzi poukładanych, szczególarzy i osoby myślące metodycznie. Dzięki nim mosty stoją, samoloty nie spadają, a nasze życie społeczne nie pogrążyło się jeszcze zupełnie w odmętach chaosu. Starałem się zatem zaspokoić potrzeby informacyjne mojego znajomego, jak dobrze tylko umiałem. Najwięcej wątpliwości wzbudziła kwestia czasu, jaki na praktykę jogi trzeba alokować.
Mój kolega bowiem należy do osób bardzo zajętych. Dużo pracuje, jest w ciągłych rozjazdach, ceni aktywny wypoczynek. Czasu mu więc ciągle brakuje i ciągle kombinuje, w jaki sposób zmieścić w jednej godzinie maksymalnie dużo czynności. Jeśli pracuje, chce żeby praca przyniosła jak najwięcej efektów w jednostce czasu. Jeśli odpoczywa, planuje wypoczynek tak, aby był jak najbogatszy i najefektywniejszy. Jeśli je, to interesuje go, żeby na danie na mieście długo nie czekać albo żeby proces jego samodzielnego przygotowania zamknął się najlepiej w kilkunastu minutach. Racjonalne gospodarowanie czasem jest dla niego cnotą, która pozwala wyrwać z doby dodatkowe wolne minuty, które następnie może z czystym sumieniem wypełnić nowymi aktywnościami. Trochę tak, jakby bał się, że gdy zostanie sam ze sobą w pustym pokoju wolnego czasu, zza kotary zaczną wyłazić jakieś przerażające stwory.
Paradoksalnie po kilkunastu minutach rozmowy doszliśmy do wspólnego wniosku, iż to właściwie bardzo dobrze, że mój znajomy jest tak bardzo zajęty, tyle podróżuje i ciągle na nic nie ma czasu. Taki stan rzeczy jest bowiem idealny, żeby zacząć solidną, regularną praktykę jogi. Ktoś, kto z konieczności czy wyboru prowadzi taki właśnie styl życia nie ma bowiem czasu na eksperymentowanie, grymaszenie, szukanie co i rusz to nowych pomysłów na swoją praktykę. Taka osoba nie będzie wędrowała po różnych szkołach jogi, przebierała w warsztatach z kultowymi nauczycielami, czy rozmyślała nad kolejnymi wyjazdami do modnych jogicznych ośrodków. Ktoś, kto ceni sobie każdy kwadrans z natury rzeczy będzie wiedział, jak zorganizować sobie tę godzinę (na początek) 3-4 razy w tygodniu i nie będzie zastanawiał się czy robić jogę dzisiaj czy może raczej w środę, bo może wtedy biomet będzie korzystniejszy. Ktoś, kto dużo podróżuje szybciej także musi opanować umiejętność praktyki własnej, np. nauczyć się na początek jakiejś sensownej sekwencji asan, podstawowych ćwiczeń oddechowych oraz technik relaksacyjnych i medytacyjnych, żeby być w stanie praktykować samemu na wyjeździe. Wreszcie, jeśli ktoś musi szanować swój czas, będzie także szanował każdą godzinę swojej praktyki – będzie starał się poświęcić jej całą swoją uwagę i zaangażować się w pełni w jej przebieg. Taka osoba będzie także doceniać w pełni wartość praktyki pod okiem nauczyciela, gdy „czas jej pozwoli” zajrzeć na zajęcia do swojej szkoły lub odwiedzić jakąś dobrą szkołę przy okazji służbowego wyjazdu.
Podjęcie regularnej praktyki jogi przez osoby bardzo zajęte ma także jeszcze jeden, trochę nieoczekiwany, walor. Kiedy praktykujemy nie bardzo mamy możliwość zastanawiania się nad tym, co będzie działo się za godzinę czy w dniu następnym i jak ten czas wypełnimy. Odrywamy się dzięki temu od myślenia o planowaniu, układaniu i porządkowaniu. Kiedy potem patrzymy świeżym okiem na rzeczywistość, często przekonujemy się, że nie wszystkie rzeczy są tak bardzo ważne i nie wszystkie sprawy takie pilne. Często okazuje się także, że rzeczywistość pozbawiona naszej uwagi i kontroli całkiem nieźle potrafi się sama zorganizować, a świat nie rozpadł się wcale podczas tej godziny, którą spędziliśmy na macie. Może okazać się nawet, że oswoimy jakoś te stwory, które lubią czasem wypełzać w pustym pokoju wolnego czasu.

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".