Grzeszne myśli jogina
6/06/2018
Jechałem kiedyś windą z pewnym chińskim bankowcem. Spędziliśmy razem pół dnia rozmawiając o różnych sprawach, więc jakoś się już poznaliśmy. Zapytałem więc, jak sobie wyobraża piekło. To dobre pytanie, żeby dowiedzieć się o kulturze danego kraju i światopoglądzie rozmówcy. Pytanie z natury rzeczy dotykające spraw ostatecznych. Mój bankier nie zastanawiał się długo i odpowiedział, że – według niego – piekło to taki stan, kiedy nie ma pieniędzy. Odpowiedź taka była dla mnie dosyć zaskakująca. I to nie dlatego, że (być może) kryły się w niej jakieś wspomnienia trudnego dzieciństwa mojego rozmówcy. Byłem zaskoczony, bo moja wizja piekła bardziej kojarzyła się z wiecznymi męczarniami, piekielnym ogniem i torturami – słowem tym wszystkim, o czym z taką pasją opowiada ksiądz proboszcz na lekcjach religii podczas przygotowań do pierwszej komunii. Moje piekło to raczej obrazy katuszy genialnym pędzlem Pietera Bruegla malowane, a nie smutek chińskiej prowincji spozierającej z zazdrością i poczuciem wiecznego nienasycenia na tętniące życiem, bogate metropolie.
Taki kontakt z innym kulturami jest pouczający. Stawia pod znakiem zapytania rzeczy, które wydają się nam oczywiste. Zostaliśmy na przykład wychowani w takim kręgu kulturowym, w którym istnieje silnie zakorzeniona wiara w istnienie grzechu pierworodnego i związane z tym poczucie nieokreślonej, ale odczuwalnej winy. Więcej nawet – właściwie od dziecka, na lekcjach religii i nie tylko, wpaja się nam, że są takie myśli i uczucia, które są niedobre lub wręcz grzeszne. Jest chyba nawet taka formuła, której używa się podczas spowiedzi, jak „grzeszyłem mową, myślą, uczynkiem… itd.” Myśli i uczucia, które nie są zgodne z powszechnie obowiązującym kanonem są zatem w naszej kulturze grzechem – nawet jeśli nie przeistoczą się w czyn. W rezultacie mamy skłonność do wypierania „złych” myśli i uczuć i pospiesznego chowania ich w najskrytsze zakamarki naszej podświadomości. Nic w tym w końcu dziwnego nie ma. Jeżeli nasze rozumienie moralności tworzyło się w oparciu o wiarę, że istnieje pewien srogi pan z brodą, który jest nie tylko wszechmocny, ale i wszechwiedzący, trudno dziwić się temu, że nasze myśli i uczucia otrzymały silną kwalifikację moralną.
W klasycznych tekstach jogicznych koncepcji grzechu pierworodnego nie ma. Nasze myśli i uczucia również wydają się jakby mniej grzeszne. Niezależnie jakie by nie były, są co najwyżej zakłóceniem dążenia do prawdy, zamgleniem świadomości, zawirowaniem na tafli prawdziwej rzeczywistości i przeszkadzają jedynie w osiągnięciu stanu oświecenia. Jeżeli na podstawie tych „złych” myśli czy odczuć nie podejmujemy działań, nie zyskują one zwykle kwalifikacji moralnej. Wszystko, co czujemy i myślimy jest częścią nas i z nas wynika. Nie ze wszystkiego powinniśmy być dumni i wiele musimy przepracować, ale nagła złość, nienawiść, pożądanie, itd.- jeśli się pojawiają – są po prostu częścią naszego człowieczeństwa uwikłanego w funkcjonowanie w codziennym, materialnym świecie. Dzięki obserwacji tych myśli i uczuć, wiemy kim jesteśmy i z jakimi ewentualnymi problemami mamy do czynienia. Praktyka jogi pozwala na ujawnienie się tego typu uczuć i myśli w pewnym kontrolowanym kontekście. Możemy wtedy się im przyjrzeć, zrozumieć, przyjąć do wiadomości, by następnie uznać je jedynie za grę naszego umysłu i zmysłów, wyobraźni i wspomnień, fałszywych przedstawień i negatywnych przyzwyczajeń. Staną się one wtedy – miejmy nadzieję – po prostu jeszcze jednym z citta vrtti i zostaną w ten sposób jakoś rozbrojone.
Przyjęcie do wiadomości wszystkich naszych myśli i uczuć może mieć charakter oczyszczający. Akceptacja faktu, że nasze myśli i uczucia mogą być różne (złe, dobre, głupie…) nie czyni nas szlachetnymi czy lepszymi, ale pomaga w lepszym samopoznaniu. Fakt, że czasem takie myśli czy uczucia ujawniają się na macie, powoduje także, że trochę łatwiej wziąć je w nawias w codziennym życiu. Bo skoro już raz przyjrzeliśmy się im uważnie, tracą trochę swoją „diabelską” moc i nieco w mniejszym stopniu mogą nami powodować.
W Katha Upanishad (1:3:3) pojawia się słynna metafora rydwanu. W metaforze tej nasza świadomość (atman) jest pasażerem rydwanu, który jest naszym ciałem. Ogniste rumaki, ciągnące rydwan to nasze zmysły (indryas), które możemy kontrolować lejcami naszego umysłu (manas). Lejce te w swoich rękach dzierży nasz intelekt (buddhi). Można zatem powiedzieć, że woźnica takiego rydwanu będzie tym sprawniejszym, im bardziej pozna swoje rumaki i im bardziej nauczyć obchodzić się lejcami, które je kontrolują. Ktoś, kto nie chce wiedzieć, że konie mogą być narowiste, wpadać w panikę lub pogrążać się w gnuśności, raczej dobrym woźnicą nie będzie.

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".