Joga i biznes
28/03/2018
Przeczytałem niedawno tekst Kino MacGregor, w którym krytykowała pewną internetową aplikację za wykorzystywanie jogi wyłącznie do generowania zysków. Sprawa dotyczy problemu amerykańskiego i jest dość zawikłana, więc nie ma sensu wchodzić w szczegóły. W wielkim skrócie wyglądało to tak, że poświęcona jodze aplikacja A kupiła aplikację B (też poświęconą jodze) wraz z prawami do prezentowanej tam zawartości, zaś ci jogini, którzy sprzedali swoje kursy (i wizerunek) aplikacji B nie bardzo mają w tej sprawie cokolwiek do powiedzenia. To trochę chyba tak, jak gdyby muzyk sprzedał prawa do swoich piosenek jednej wytwórni, a ta została kupiona przez inną wraz prawami do nich.
Jakiś domorosły rekin czy pirania biznesu mógłby wzruszyć ramionami i powiedzieć, że nie bardzo wiadomo, o co ten cały szum. Przecież, aby przetrwać w biznesie, trzeba generować zyski. Można to robić mniej czy bardziej etycznie, zgodnie z jakąś wizją czy przekonaniami bądź kierować się wyłącznie chciwością, ale w jakiejś perspektywie przychód powinien choćby odrobinę przewyższyć poniesione koszty. Jeżeli zatem jakiś nauczyciel jogi zaczął komercjalizować swój wizerunek i uczestniczyć w grze o nazwie „biznes”, nie powinien być zaskoczony, że podlega tym samym zasadom, co sprzedający swoje piosenki muzyk. Tygrys je mięso – taka już jest natura tego zwierzęcia. W biznesie natomiast chodzi o zarabianie pieniędzy.
To fakt, że żyjemy w rzeczywistości skomercjalizowanej. Uczniowie płacą za możliwość uczenia się jogi, za jogiczne akcesoria, wakacyjne wyjazdy z jogą i warsztaty. Nauczyciele muszą z kolei płacić za swoje szkolenia i wyjazdy, a dodatkowo mają na głowie czynsz za wynajęcie sali i pewnie obsługują jakiś kredyt, który wzięli np. na jej urządzenie lub pomoce do praktyki. Nie da się więc uciec od tego, że współczesna joga na Zachodzie (a chyba i w dużej mierze ta w Indiach) ma także wymiar finansowy i w jakimś sensie stała się biznesem. Zresztą, podobno w USA wartość rynku jogi ocenia się na ok. 10 miliardów dolarów. Oczywiście, nie chodzi tylko o wartość samych zajęć jogi, ale całej otoczki związanej ze sprzedażą mat, strojów i innych akcesoriów, czasopism, poradników, książek oraz różnych kursów, w tym także online. Czy to dużo czy mało – zależy pewnie od punktu odniesienia. Jeżeli porównać to do rynku gier komputerowych, zapewne mało. Jeżeli jednak odnieść to do rynku karmy dla chomików – pewnie dużo. Jedno jednak wydaje się oczywiste: całkiem sporo ludzi utrzymuje się dzięki jodze, a niektórzy nawet robią na tym niezłe pieniądze. Ci drudzy to w przeważającej mierze pewnie nie nauczyciele jogi, ale to już zupełnie inna sprawa.
Kłopot tylko w tym, że joga nie całkiem do gry o nazwie „biznes” pasuje, bo z założenia biznesem przecież być nie miała. Kiedy czytamy klasyczne teksty, możemy znaleźć różne definicje i opisy jogi. Ich autorzy rozumieli jogę np. jako: drogę do wyzwolenia się z iluzji codzienności i połączenia z naszą prawdziwą istotą (jakkolwiek by jej nie rozumieć), sposób na przezwyciężenie nawykowego sposobu funkcjonowania w świecie czy uwolnienie się od cierpienia i boleśnie targających nami emocji. Kiedy Patandżali twierdził, że joga jest „powściągnięciem poruszeń świadomości” (yoga cittavrttinirodhah), nie miał raczej na myśli optymalizacji przepływów gotówkowych. Również pośród różnych rodzajów jogi, które Kriszna objaśniał Arjunie w wersach Bhagawadgity nie znajdziemy jogi biznesu. Wygląda więc na to, że praktykę, która miała mieć wymiar duchowy i opierać się na wniknięciu do wewnątrz udało się we współczesnym świecie przekształcić w atrakcyjnie opakowany produkt typu fitness, który można sprzedać na zewnątrz za całkiem spore pieniądze.
Z przenikaniem się biznesu z jogą we współczesnym świecie nie łatwo sobie radzić. Najwygodniej byłoby całą stronę biznesową pominąć, potraktować nauczanie jogi jako życiową pasję, a shalę uznać za miejsce spotkań wspólnoty ludzi o podobnym spojrzeniu na świat i systemie wartości, a nie przestrzeń, którą trzeba zapełnić klientami. Problem tylko w tym, że na takie podejście do nauczania jogi może pozwolić sobie zapewne tylko ktoś, kto nie ma rodziny i specjalnie wygórowanych potrzeb życiowych, a najlepiej to ma jeszcze jakieś inne, stałe i pewne źródło dochodu. Jeśli ktoś takiego luksusu nie ma, pozostaje jedynie balansowanie między pasją do uczenia a koniecznością jakiegoś zarabiania na tej pasji, co proste nie jest.
Przypomina to trochę jednoczesne funkcjonowanie w dwóch światach równoległych. Raz trzeba nosić na głowie kapelusz nauczyciela, który stara się żyć zgodnie z jogicznymi wartościami i bezinteresownie inspirować uczniów do pogłębiania praktyki. Za chwilę jednak trzeba założyć kapelusz biznesmena, który musi zadbać o zapłacenie rachunków na czas i wygenerowanie jakiegoś zysku. Gdy nosi się kapelusz jogina, inni nauczyciele i szkoły jogi są sojusznikami w propagowaniu szczytnej jogicznej idei. Kiedy na czole ma się kapelusz biznesmena, właściwie powinno obserwować się, co robi „konkurencja”. W kapeluszu nauczyciela jogi można pozwolić sobie na jakąś dozę zaufania do jogicznego portalu czy aplikacji, zwłaszcza jeśli ludzie są mili i dobrze im z oczu patrzy. W kapeluszu biznesmena trzeba dokładnie czytać kontrakty, szczególnie te fragmenty pisane drobnym drukiem, bo umowy sporządza się nie na czas harmonijnej współpracy, ale na czas konfliktu. Mówiąc krótko nauczyciel jogi może starać się ze wszystkich sił prowadzić swoją działalność zgodnie z zasadami i etycznie, ale powinien także rozumieć, że z czegoś wyżyć trzeba, a tygrys marchewki raczej nie zeżre i trzeba na niego uważać.
Taka żonglerka kapeluszami stanowi prawdziwe wyzwanie. Ale w końcu nauczanie jogi to chyba bardziej powołanie niż biznes. Poza tym sama praktyka jogi może w rozwiązaniu tego typu problemów trochę pomóc, bo pozwala stworzyć jakąś przestrzeń między tym, co przychodzi do nas z zewnątrz, a tym co dzieje się w naszej głowie, a także przestrzeń między goniącymi jedną za drugą myślami. W takiej przestrzeni może być czasem trochę łatwiej podejmować mądre decyzje.

Marek Łaskawiec
marek@bosonamacie.plZ wykształcenia filolog i filozof, miłośnik podróży, dobrego jedzenia i smakowania różnych kultur. Praktykuje i uczy Ashtanga Jogi. Marek jest autorem edukacyjnej gry planszowej Yogaloka (www.yogaloka.pl) oraz współtwórcą portalu Omline (www.omline.expert). Na Bosonamacie.pl prowadzi blog "Pies z głową w bok".